Ślad
Po co podróżować, jeżeli po wędrówce nie pozostaje żaden ślad?
Te wszystkie wyjazdy, długie godziny w samolotach, pociągach, samochodach, chwile spędzone na plażach, podobne do siebie pokoje hotelowe, dni urlopu wyrwane z codziennej rutyny. Opowieści, których co jakiś czas słucham, trudne do zapamiętania, skąpe w szczegóły, okraszone tysiącami zdjęć, których nie da się obejrzeć. Mdłe i pozbawione smaku, za chwilę przykryte kolejnym egzotycznym odkryciem, następnym wyjazdem, który przemija równie szybko, jak wszystkie poprzednie.
Gdzie przywiezione z plaży kamienie, zasuszone wodorosty, odklejona etykieta z butelki lokalnego piwa, rysunki?
No i notesy…
Poręczne kształty, zaokrąglone rogi, gumka opinająca okładki – sposób na zatrzymanie czasu. Niewielkie, w kratkę, linie, o gładkich stronach. Upchnięte do torby fotograficznej, wsuwane do plecaka, zawsze gdzieś pod ręką, w zasięgu wzroku. Wszystkie dobrze wykonane, z grubymi okładkami, takie, które łatwo polubić.
Do Ameryki Centralnej zabrałem Brunnena z dawną ryciną Gabonu na froncie; na Bliski Wschód i wyspy greckie kolejnego Brunnena, tym razem ze
Człowiekiem Witruwiańskim rozrysowanym w kole przez Da Vinci’ego; w Sinapurze i Malezji towarzyszył mi czarny Moleskine. Przez całe Maroko przewiozłem mało poręczny zeszyt z twardą okładką w pomarańczowe pasy. Wracam do niego najrzadziej.
Pamiętam stos zapisanych nierównym pismem notatników Marka Kamińskiego, które niegdyś na parę tygodni trafiły do mojego domu.
- Mam nadzieję, że uda się je panu odczytać – powiedział Kamiński, wygrzebując je z zawalonej książkami i mapami półki białego regału w gdańskim biurze.
Przygotowywałem materiały na jego stronę internetową. Notatniki mogły się przydać. Jakoś odczytałem. Kilkaset stron, które powędrowały na oba bieguny, zapisywane z ogromnym uporem w malutkim namiocie rozbitym w środku śnieżnej przestrzeni. Dzień po dniu, data po dacie, notes po notesie. Zapełniane w oczekiwaniu, aż śnieg na gazowej maszynce postawionej obok skrytych w śpiworze nóg stopi się i da wodę na liofilizowany posiłek o smaku kurczaka lub wieprzowego kotleta. Parę minut dziennie, wers po wersie. Czarny długopis. Mimo, że większość tych zapisków trafiła później do publikacji, te niewielkie, trochę podniszczone notatniki, powiedziały mi więcej o wędrówce Kamińskiego i o nim samym , niż wszystkie książki i filmy o zdobyciu bieguna.
Ostatnio prawie zawsze biorę ze sobą komputer, nie muszę później przepisywać notatek. Komputera nie da się jednak przekartkować, po paru latach przerzucić stron, przypomnieć sobie na widok zaplamionej kawą kartki przedpołudnia we włoskiej knajpce, znaleźć w nim upchniętego tropikalnego liścia, wrócić do smarowanych niezdarnie długopisem szkiców miast, ławek, palm, czy wentylatorów klimatyzacji.
Notesy, które zapełniają się coraz wolniej, mniej w nich dziennika podróży, a więcej chaosu niż uporządkowania, pojedynczych obrazów. Wciąż jednak są niezastąpione.
Historia. Trochę szczegółów. Ślad.





