Bicerin pieści wybrankę
Piętnaście centesimi to nie były żadne pieniądze. Miał je każdy, nawet ten, który przyjeżdżał do Turynu z okolicznych wiosek, by sprzedać na targu trochę jajek i oliwę lub przybywał do miasta z wypiekami na twarzy i spuszczoną głową załatwić kilka spraw, które w końcu, ile by się tego nie odwlekało, trzeba załatwić.
Mieli też je wszyscy ci, którzy w niedzielę zbierali się na mszy w Santuario Della Consolatta. Artyści, prawnicy, kupcy, rolnicy, służące, robotnicy. Te piętnaście centesimi to naprawdę nic nie było i każdy, jeżeli tylko zechciał, a większość chciała, mógł zajść po modlitwie do Cafe al Bicerin na niedużym kwadratowym placu Conolata tuż obok świątyni i poprosić o bicerin. To ich z pewnością jakoś łączyło.
Tyle wtedy trzeba było dać – piętnaście centesimi - za otulony metalową oprawą kieliszek pełen kawy, kakao, tłustego mleka i korzennych przypraw. Wszystkie składniki lane warstwowo, kawa koniecznie na samym dnie, nigdy nie zmieszane.
Zestaw który przemówił do całego osiemnastowiecznego Turynu, choć na kartach jego historii wpisali się oczywiście tylko nieliczni, choć lubili zaczynać od niego dzień podobnie, jak i inni – tym razem padło na Aleksandra Dumas, a nieco później na Nietzschego.
Bywa tak, że trudno dojść do prawdy. Z bicerin’em jest podobnie. Być może po raz pierwszy powstał w małej kawiarni na Piazza della Consolata i jest to całkiem prawdopodobne, zwłaszcza, że ten mały lokal o metalowych drzwiach i boazerii upstrzonej lustrami uchodzi za jedno z pierwszych miejsc w Turynie, Włoszech, a może i Europie, gdzie kobiety mogły pojawić się bez towarzystwa mężczyzn, a przecież to kobiece podniebienia smak bicerin’u musiał pieścić szczególnie.
Kto wie, czy jednak pierwsi nie byli ci w Caffè Fiorio na dzisiejszej via Po? Wiele osób tak twierdzi i mają oni zazwyczaj sporo pewności w oczach i różne argumenty, którymi łatwo wytrącają wszelkie wątpliwości.
Wtedy jednak o tym jeszcze nie wiedziałem, nazwa Caffè Fiorio nic mi nie mówiła i poszedłem do lokalu na placu Consolata. We Włoszech ciągnie się za mną jednak jakieś fatum, już w Trieście rozbiłem się o głucho zamknięte drzwi lokalu, który zajął kilkadziesiąt stron książki Magrisa, w Turynie nie miało się to jeszcze odmienić i nie wszedłem do środka Cafe al Bicerin. Słońce przygrzewało przyjemnie, włoskie kobiety o włoskich kształtach kręciły się koło kościoła i na nic zdało się pełne desperacji sterczenie na placu z wzrokiem utkwionym w nieme okna Cafe al Bicerin.
Zamówiłem bicerin więc gdzie indziej, w lokalu na ulicy biegnącej gdzieś w stronę Padu, można go dostać w zasadzie w całym mieście. Kelner w zielonej kamizelce przyniósł go niedbale, klucząc pomiędzy stolikami ustawionymi na chodniku przez kawiarnią i wylał nieco płynu na spodeczek.
Poczułem się przez moment przez to dotknięty, kieliszek na nóżce, który dawno już zastąpił szkło z metalowym uchwytem, od którego napój wziął nazwę, był nieprzyjemnie zbrukany, wysychająca lepka strużka znaczyła jego bok i pomyślałem, że kelner mnie zlekceważył. W jego niedbalstwie było jednak trochę szczerości, a zalepiony kieliszek zdjął z bicerian’a tą całą napuszoną historię, mentorski głos płynący z przewodników, wciąż powtarzane, ale niewiele znaczące zachwyty.
Bicerin był gładki, a czekolada gorąca. Piłem go powoli, ale przyniesiony po chwili i położony obok bez słowa rachunek mówił, że po dwustu latach wszystko się musi zmienić, i że żaden Włoch nie pójdzie już po mszy na bicerin’a, bo nikt z miejscowych tyle za niego nie da i było już jasne, że został on im odebrany, a to co, kiedyś łączyło, teraz już tylko dzieli.
fot. Robert Deutsch, USA TODAY






