Podręczny

Niewielka torba lub mała walizka na kółkach. Wszystko, co potrzeba, upchnięte z łatwością, z wyjątkiem tego jednego. Nie żeby się nie zmieściło, mógłbyś to trzymać równie dobrze w kieszeni spodni, gdyby nie nerwowe ruchy postawnych mężczyzn i rzadko uśmiechających się kobiet w mundurach i coraz bardziej podejrzliwe spojrzenia, gdy lotniskowa bramka wyje metalicznie, a czerwona lampka mruga w równym histerycznym tempie.

Bilety za parę złotych, świat na wyciągnięcie ręki. Kilka dni gdzieś indziej. Niewielka torba lub mała walizka na kółkach, którą toczysz ze sobą na pokład samolotu i swobodnie wrzucasz na półkę z bagażami. Pokładówki, mówią na nie pieszczotliwie w sklepach z walizkami i zaraz podsuwają te najbardziej godne uwagi.

Masz ją pod ręką, więc mało płacisz za bilet. Zarzucasz na ramię lub lekko toczysz za sobą, wysiadając nie musisz sterczeć przy taśmociągu i w otępieniu wpatrywać się w jego ruch niosący – masz w każdym razie taką nadzieję – twój bagaż.

Gdy staliśmy w hiszpańskim sklepie przed rzędem butelek z winem, wiedziałem jednak, że nie mamy korkociągu. Jest ostry, metalowy i nie możesz go zabrać do samolotu. Cena tanich biletów. Myślałem o tym, że zanim dojdziesz do etapu kupuję i klikniesz dalej, powinni ostrzegać dużymi literami: uwaga, kupując ten bilet, zgadzasz się na brak korkociągu.

Możesz go kupić na miejscu. A przed powrotem wyrzucić lub dać komuś w prezencie na ulicy. Jeżeli masz dla siebie dwa dni i inne sprawy na głowie, licz się jednak z tym, że po prostu go nigdzie nie znajdziesz.

Patrzyliśmy więc po szyjkach butelek. Omijaliśmy ceny, bodegę, kolor wina, etykiety. Interesowało nas, jak otworzymy butelkę bez korkociągu.

- Nie wierzę, że nie ma żadnych z zakrętką – powiedziałem. - Może wciśniemy korek do środka?

M. pokręciła głową. Miała rację. Nawet dziesięć lat temu, gdy przemierzaliśmy całą Hiszpanie cinquecento, sypiając gdzie popadnie i jadąc po prostu przed siebie, nie wciskaliśmy korka do środka.

Kupiliśmy małą butelkę musującej cavy.

Wystarczyło siąść na ławce w Alicante i zdjąć zawleczkę z butelki. Wino było zdecydowanie za ciepłe i pięknie piło się je prosto z butelki. Za plecami kwitły strelicje, a ci, którzy wyszli z psem patrzyli na nas pogodnie.

 

 

Przeczytaj też:

Chrystus wychodzi na ulice

Wielki Tydzień po hiszpańsku

Z południa

 

Musiałem poczekać do drugiego dnia. W pierwszym był tylko jakiś bliżej nieokreślony, owocowy i delikatny zapach. Nie o niego mi chodziło.

Pinotage to szczep, który powinien kojarzyć się z Afryką Południową. Tak jak nebbiolo z Włochami, Carmenere z Chile, a Malbec z Argentyną. Z niczym mi się jednak nie kojarzył, bo nie byłem nigdy w Afryce Południowej i nie przypominam sobie też, bym kiedykolwiek pił wino zrobione z tego szczepu. Być może piłem. Nie pamiętam.

Najczęściej pachnie śliwkami, malinami i jagodami. Nie o nie mi jednak tym razem chodziło.

Pinotage Balance, z uroczym słoniem balansującym na malutkim taborecie na etykietce, miał pachnieć bananami.

Dziesiątki, pewnie setki bananów wybieranych na targach i w sklepach niemal w każdej podróży. Ogromne plantany, wymagające gotowania, które za pierwszym razem, wiele lat temu w Hiszpanii uparcie jadłem na surowo, nie DSC 8347 300x199 Z południawiedząc, że potrzebują ciepła. Aromatyczne, lekko już przejrzałe banany w Meksyku, zawsze gdzieś po ręką, idealny sposób na zaspokojenie głodu w trakcie wielogodzinnego siedzenia w autobusie. Tropikalne maleństwa, których cała kiść mieści się swobodnie w dłoni, tak słodkie, jak nigdy wcześniej…

Pierwszego dnia przyjemnie i miękko rozpływało się na podniebieniu, ale nie było w nim bananów. Nie mogłem za dużo myśleć o Afryce Południowej, bo zupełnie jej nie znam, a oprócz niej Pinotage ze słoniem na etykiecie nie za wiele mi dawał.

Następnego dnia mieliśmy jeszcze pół butelki. Wyciągnąłem korek, wino było jeszcze trochę zbyt zimne, ale już to miało i wiedziałem, że ci młodzi ludzie, którzy potrafią sfotografować się w nonszalanckiej pozie, wisząc na stalowych stojakach na beczki i mając za nic tę całą winną powagę dyktowaną światu przez Francję, nic nie oszukiwali, nie pisali o tych bananach ot tak sobie i bez celu.

Zakręciłem winem w kieliszkiem i znów byłem w domu. A raczej w podróży.

214280 Z południaBalance  Pinotage 2010

RPA

prod. Overhex Wines International

4/6 

 

Przeczytaj też:

Trzeba się wysilić, by poczuć radość

Opuszczasz Rzym o zachodzie słońca, jesz kolację, zasypiasz i o świcie jesteś już w Indiach. Tymczasem w rzeczywistości każdy mijany kraj ma swój charakter. Na jego spotkanie trzeba się specjalnie przygotować, trzeba się wysilić, aby poczuć radość podboju. Wraz z tym, jak wszystko staje się łatwe, nic już nie sprawia nam przyjemności. Poznawanie jest źródłem radości, ale tylko wtedy, gdy przychodzi z trudnością, i nigdzie nie jest to bardziej prawdziwe niż tam, gdzie sprawa dotyczy poznawania innych krajów.

Tiziano Terzani, Powiedział mi wróżbita 

Przeczytaj też:

Podręczny

Upycham białe karteczki

Upycham białe karteczki

Szorstki papier po palcami. Jeszcze nietknięte strony. Ostatnie poprawki.DSC 4396 300x198 Upycham białe karteczki Skreślenia, mazanie ołówkiem po kartkach. Nic wielkiego, na to był czas wcześniej.

Dostałem z wydawnictwa egzemplarz sygnalny Trzeciego dnia. Próba. Książka w stadium niedługo przed rozkwitem. Owad wychyla już łebek z kokonu. Jeszcze chwila. Na razie upycham pomiędzy strony podarte kawałki papieru, zaznaczając miejsca, do których trzeba wrócić, w których trzeba coś jeszcze zrobić.

DSC 4399 300x198 Upycham białe karteczki

Najpóźniej za dwa miesiące książkę znajdziecie w księgarniach.

Przeczytaj też:

„Trzeci dzień” opakowany

Książka, która zabierze Cię w podróż!

Smaki świata – Dania

Najsmaczniejsze kanapki świata, świeżo uwędzone, jeszcze ciepłe śledzie, setki rodzajów piwa z lokalnych browarów, słynna kopenhaska restauracja Noma, a to wszystko podlane filozofią hygge, każącą cieszyć się przysmakami w towarzystwie przyjaciół, spędzać niespiesznie dzień przy stole i stosować wyłącznie starannie wybrane składniki najwyższej jakości.

Kto chętny na kulinarną podróż po Danii?

O kuchni tego kraju piszę dla najnowszego numeru  magazynu Smaki Świata

Przeczytaj też:

Dania od kuchni

Ruch wstrzymany

Śliwa za oknem próbuje zakwitnąć. Niewielkie białe kwiaty wciąż są jednak w stanie początkowym. Wczoraj trzeba było dobrze się przyglądać, by je w ogóle dojrzeć. Dziś są nieco większe, ale tylko na jednym drzewku, tym któremu poszczęściło się rosnąć w miejscu, gdzie bywa najwięcej słońca.

Ostatnio ruch trochę spowolnił. Tkwię w wiosennym letargu, siedzę w kraju. Początek roku upłynął na kończeniu książki o Meksyku i Ameryce Środkowej – wiele wskazuje na to, że pojawi się w księgarniach jeszcze w tym roku. Wcześniej z pewnością Trzeci dzień.

Jakieś zaległe prace, trochę porządkowania spraw, które się nawarstwiły, próby ogarnięcia piętrzących się na dysku zdjęć.

Sporo pomysłów, ale wciąż nie wiem, które z nich pociągną mnie za sobą. Ruch spowolnił. Wiosna też nie może ruszyć, wciąż próbuje od nowa i zaraz się poddaje.

Codziennie patrzę na te śliwy.

DSC 4319 300x198 Ruch wstrzymany

 

 

Przeczytaj też:

Podróże i kanapa

Tatarska noc

Stary list

Lekko omszałe, ciemne owoce, które wystarczy dotknąć, by na palcach został mocny, trochę tajemniczy zapach. Nieco szorstkie. Gdy rozgniatałem je językiem, usta wypełniały się ziemią, bujnymi krzakami i nieco duszną wilgocią. Wolałem je od tych czerwonych, kwaskowych i nachalnych.

W dzieciństwie, gdy spędzałem czas na niewielkiej działce, którą ojciec z godnym podziwu uporem próbował przekopać ciężkimi widłami, rozglądałem się za aromatycznymi poziomkami lub różnej wielkości truskawkami, które smakowały mi nie w pełni nawet jeszcze dojrzałe. Najwięcej było jednak czarnych porzeczek, brudzących palce i zupełnie niepowtarzalnych. Nie mogłem wtedy ostatecznie postanowić, czy je lubię, czy raczej niezbyt, ale zawsze można było na nie liczyć – ich krzaki nie wymagały specjalnej troski, rosły chętnie i bez oporów, owocując obficie i przez długi czas.

Gdy nalałem wczoraj do kieliszków chilijskie Carta Vieja, od razu zanurkowałem pomiędzy te porzeczkowe krzaki z dawnych czasów, znów stałem się kilkuletnich chłopcem, który nie może się zdecydować, czy wolałby już pójść do domu, czy wciąż jeszcze tu zostać, zwalczając chwilami nudę i czekając aż tato upora się z kolejnymi, nigdy niekończącymi się pryzmami gliniastej ziemi. Nie ma już tej działki.

Dawno już nie piłem wina o tak intensywnym i prostym aromacie – to jak skok w basen pełen soku z czarnych porzeczek. Ponownie carménère, ze swoją intensywną ciemnopurpurową barwą, przyjemną gładkością i lekko pieprznym charakterem. To szczep, który lubię. Oferujący sporo przyjemności, choć raczej nie powalający niuansami. Wino pije się dobrze, pod warunkiem, że nie pozwolimy mu zanadto się ocieplić, wtedy na pierwszy plan wysuwa się alkohol, psując nieco sprawę, choć nawet on nie jest w stanie przykryć do końca tych czarnych porzeczek.

Carta Vieja – Stary List. Nie udało mi się dopatrzeć na stronie winnicy skąd ta nazwa, aż prosi się o jakąś gęstą historię, litery nakreślone w pośpiechu – a może wprost przeciwnie, w skupieniu i niespiesznie – na pożółkłym papierze; słowa próbujące unieść historię hiszpańskiej rodziny del Pedregal, która od 7 pokoleń zajmuje się w chilijskiej dolinie de Loncomilla uprawą winorośli i która przez 180 lat zdążyła stać się potentatem, który z pełnym optymizmem potrafi przerobić nawet kilkanaście zupełnie odmiennych szczepów winorośli.

Nic takiego jednak nie znalazłem, może to i dobrze, stary list nie miał określonej treści i mógł stać się listem wysłanym z czasów mojego dzieciństwa.

 

carta vieja carmenere Stary listCarta Vieja Carmenere 2010 

Chile, Loncomilla Valley, 

prod. Vina Carta Vieja
4.5 /6  

 

 

Przeczytaj też:

Koniec. Kropka.

Latawce dla zmarłych

Wielki Tydzień po hiszpańsku

Dobrych Świąt!

Semana Santa – Sevilla from Michał on Vimeo.

Przeczytaj też:

Chrystus wychodzi na ulice

Sewilla – Semana Santa

Sewilla – Semana Santa

 Na tydzień przed Wielkanocą wszystkich zajmuje kwestia deszczu. Gdy nadejdzie, będzie katastrofa. Cała Sewilla patrzy więc w niebo.

Wąskie, brukowane uliczki Sewilli lśnią w kałużach. Dochodzi pierwsza w nocy, a całe miasto płynie w stronę Basilica de la Macarena. Ciepłe, nocne powietrze drga od głosów, dyskusji i tego hiszpańskiego terkoczącego rrr w co drugim słowie. Padało w dzień, to może w nocy nie będzie?

Ludzie pod bramą kościoła oczekują na rozstrzygnięcie. Operatorzy kamer z nadzieją tkwią za swoim sprzętem, telewizyjne żurawie przesuwają się nad tłumem. Sewilczycy nie zaprzątają sobie jednak głowy zdjęciami. Nie po to tu przyszli. Wyciągają wysoko głowy, patrząc w stronę bramy świątyni, skąd powinien ruszyć pochód. – Nie idą, nie idą! – przez tłum przetacza się szmer. – Odwołane!

Z kościoła wychodzą powoli nazarenos – pielgrzymi – zsuwają z głów kaptury zasłaniające twarze, obejmują się w niemej rozpaczy. Święta Panienka La Macarena, tocząca diamentowe łzy po gładkich policzkach, pozostanie dziś w kościele.polityka11 300x192 Sewilla   Semana Santa

W najnowszym, świątecznym numerze Polityki mój tekst o Semana Santa w Sewilli – najbardziej spektakularnych obchodach Wielkiego Tygodnia w całej Europie.

Sześć stron i sporo zdjęć. Gazeta do kupienia przez cały tydzień, dostępna też w wersji na iPada (e-wydanie tylko po 4 zł)

Polecam oczywiście :)

Przeczytaj też:

Chrystus wychodzi na ulice

Wielki Tydzień po hiszpańsku

Włoski świat

Wczoraj był Turyn tekstowo, dziś trochę zdjęć.

 

O 10 0886 300x199 Włoski świat

O 10 0979 300x199 Włoski świat

O 10 0964 300x199 Włoski świat

O 10 0951 300x199 Włoski świat

O 10 0941 300x199 Włoski świat

O 10 0937 300x199 Włoski świat

O 10 0930 199x300 Włoski świat

O 10 0897 300x199 Włoski świat

O 10 0893 199x300 Włoski świat

O 10 0888 300x199 Włoski świat

 

Przeczytaj też:

Smaki świata – Dania

Dania od kuchni

Sygnowano: Michał Głombiowski