4 miesiące temu

Bałkańska odyseja

Bałkany tkwią w akrobatycznym rozkroku pomiędzy Kiedyś a Teraz. Co przyniesie im przyszłość?

Przystając pod uchylonymi oknami mieszkań, myślałem o przekleństwie każdego podróżnika. O niemożności pokonania bariery oddzielającej od świata, do którego przybył. W Breli, niewielkiej miejscowości na wybrzeżu Dalmacji, czułem ją namacalnie. Szedłem wąską opustoszałą uliczką rozświetloną wiosennym słońcem i nasłuchiwałem dźwięków życia toczącego się za ścianami domów. Sączyły się przez okna i drzwi przysłonięte firaną szeleszczących plastikowych sznurów. Krzesła szurały po kuchennej podłodze, tłuszcz skwierczał na patelni, nóż stukał na drewnianej desce. Wczesnym popołudniem Brela zabierała się do posiłku.

Nasiąkałem tymi dźwiękami i szedłem dalej. Kusiło mnie, by wejść w losowo wybrane drzwi i spytać, czy mogę usiąść przy stole, ale pojawiając się, zburzyłbym zwyczajowy rytm i nadal pozostał na zewnątrz tamtejszego życia. Moja obecność nie miała dla Breli żadnego znaczenia. Za kilka godzin stąd odjadę, tymczasem codzienność tkająca swą nić w półmroku tych mieszkań pozostanie, w żaden sposób niezmącona moją wizytą.

Szedłem więc bez większego celu, instynktownie zmierzając w stronę morza, niewidocznego za domami, ale na tyle bliskiego, że jego obecność wyczuwało się z każdym wdechem. Przez moment poczułem się osamotniony. To uczucie było jednak znakiem, że nadmorskie miasteczka Chorwacji wciąż pozostały enklawą zwyczajności. Pod turystycznym sztafażem nadal kryła się jakaś zwykła prostota. Przygotowywanie posiłku, kilka wymienionych między sobą uwag, wpatrywanie się w migoczący telewizor. Muskałem tę codzienność, stojąc na ulicznym bruku i nie mając do niej dostępu, ale wiedząc, że wciąż tli się tu życie niepodporządkowane oczekiwaniom turystów, a naturalna chęć zarobienia pieniędzy nie pochłonęła jeszcze wszystkiego, pozostawiając tutejszą przestrzeń niewykoślawioną, naturalną i przyjemną.

Taniec na linie

Chorwackie wybrzeże, podobnie jak coraz większa część Bałkanów, tkwi jednak w akrobatycznym rozkroku pomiędzy Kiedyś a Teraz. Linia brzegowa, pełna zatoczek, plaż i klifowych ścian, po rozpadzie Jugosławii i otwarciu granic, nie mogła ujść uwadze świata. Narastający napór przybyszów, chcących uszczknąć nieco z tego piękna, jest zrozumiały. Sam do nich należę. Powracam do Chorwacji regularnie, czerpiąc przyjemność z bezcelowego krążenia samochodem po brukowanych uliczkach, otwierania butelek miejscowego wina, zanurzania się w wody Adriatyku, spaceru po bliźniaczo podobnych promenadach kolejnych miasteczek. Z każdą wizytą widzę, jak to Kiedyś – oparte na tradycji, zanurzone w kameralności i spokoju, ale też w biedzie i ograniczonych możliwościach – w nieunikniony sposób przemienia się w Teraz, puchnące od aspiracji, pieniędzy płynących wraz z turystami, ale coraz częściej także krzykliwej jarmarczności.

Bałkany wciąż się przeobrażają, szukając własnego kształtu. Chorwacja w tym przeistoczeniu wyprzedza pozostałe kraje regionu o dobre kilka kroków. Jej puls przynależy już bardziej do świata zachodniego. Kraj przyspiesza, nadrabia zaległości, rośnie, choć zdarza mu się czasem potykać o własne nogi. W trakcie letniego sezonu balansowanie na granicy intymności i splendoru nie zawsze się udaje. Wiosną jest tu jednak wciąż dość sennie. Chwilami trudno uwierzyć, że za dwa miesiące pokryte drobnymi kamieniami plaże Makarskiej Riwiery znikną pod kobiercem ciał spragnionych słońca, a ceny w hotelach i restauracjach sięgną sufitu.

Myślałem o tym, idąc po bruku Breli i sycąc się pustką i śladami życia toczonego za drzwiami mieszkań. Wiatr niósł zapach jaśminu i mydła do prania, które zamieniło rozwieszone na sznurach ubrania w płachty obiecującej sterylności. Wiedziałem, że droga doprowadzi mnie do promenady biegnącej wzdłuż morza, mijającej zawieszone w wodzie kutry, pochylone od wiatru sylwetki pinii i skalistą wysepkę, oddaloną od brzegu na wyciągnięcie ramienia, która porośnięta gęsto drzewami sprawia wrażenie odrębnego, samowystarczalnego świata.

W opustoszałej restauracyjce wystawiającej stoliki w stronę słońca zamówiłem kieliszek dalmackiego wina. Najlepsze trunki w Chorwacji powstają na nieodległym półwyspie Pelješac. Za pochodzące z niego Dingač, wino o barwie rubinu i bardzo skoncentrowanym smaku, trzeba wysupłać w przeliczeniu grubo powyżej 60 zł za butelkę. Smugi ciepłych promieni, wprawiające moje ciało w radosne rozleniwienie, pchnęły mnie jednak ku trunkowi lżejszemu, białemu, z odmiany Pošip, z której słyną winnice na wyspie Korčula.

Kelner postawił przede mną schłodzony kieliszek i oparł się plecami o pobliski słup. Patrzyłem, jak bezwiednie skubie palcami fartuch, przesuwając wzrokiem po nabrzeżu, znudzony, jakby na moment zapomniał zarówno o mojej obecności, jak i o sobie samym. Po kilku minutach nadszedł jakiś starszy mężczyzna i obaj zatracili się w rozmowie. Chorwackie zdania upadały pomiędzy nimi, kusząc mnie swą pozorną słowiańską bliskością. Z pojedynczych słów zorientowałem się, że ich rozmowa jest w zasadzie o niczym, kilka uwag o pogodzie, jakieś mgliście zarysowane plany, kilka zdań o Breli, w której zapewne już nigdy nic wielkiego wydarzyć się nie miało – ot, rzadki przywilej tracenia czasu, chwila, którą można uchwycić i obracać z przyjemnością w dłoniach.

Cały artykuł przeczytasz w antologii “Metamorfozy

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *