2 miesiące temu

Biznes, traktaty, zabawa

Od finansowego centrum, przez unijną stolicę, do krainy hedonizmu. Podróż przez Beneluks to wędrówka przez miasta, które zdają się być bardzo odległym rodzeństwem

TEKST: MICHAŁ GŁOMBIOWSKI, KALEIDOSCOPE, 10.2018

Szukam pęknięć. Miejsc naznaczonych upływem czasu. W Luksemburgu przypomina to grę o skomplikowanych regułach. Pętlę, którą zamierzam zatoczyć po krajach Beneluksu – Luksemburgu, Belgii i Holandii – rozpocząłem od miejsca skrojonego według miary idealnej.

Najmniejsze państwo Unii Europejskiej, zajmujące od granicy do granicy zaledwie 100 km, postawiło sobie za cel bycie miejscem, w którym marzenia o doskonałości stają się rzeczywistością. Skrawek ziemi pozbawiony kantów, chropowatości, śladów upadku. Idę po brukowanych uliczkach starego miasta, czując podziw. Tu nawet znalezienie porzuconego na chodniku niedopałka okazuje się wyzwaniem. Mijam kamieniczki z XVII-XIX w., które jakimś nadludzkim wysiłkiem wyjęto spod reguł przemijania. Przesuwam wzrokiem po fasadach, szukając śladów ich wieku, jednak kilkaset lat, które minęło od ich wzniesienia nie robi na tych murach żadnego wrażenia. Są zadbane i odnowione w każdym szczególe, jakby zbudowano je zaledwie przed chwilą. Węsząc podstęp, rozglądam się za umykającymi chyłkiem brygadami murarzy, którzy dopiero co opuścili rusztowania.

Imponujący porządek wprowadził Luksemburg na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Istotniejsze zdaje się jednak to, że okiełznanie chaosu przyciągnęło tu biznes. Świat technologii, inwestycji i ogromnych pieniędzy lubi przewidywalność. Rozgościły się tu unijne instytucje. Pojawiły się globalne firmy: Amazon, eBay, iTunes. Rozsypały się bankowe placówki – w mieście działa ponad 200 instytucji finansowych. Przysiadam na ławce, patrząc jak z początkiem dnia ulice wypełniają urzędnicy. Idealnie skrojone garnitury, najmodniejsze krawaty, lśniące buty.

To miasto trzeba przyjąć takim jakim jest, doceniając, że mimo imponującej architektury i wznoszonym od X w. murom obronnym, które w każdym innym miejscu stałyby się areną turystycznego ruchu, żyje ono własnym niezmiennym rytmem. Do Luksemburga przybywa się, by robić interesy (ponad połowa mieszkańców to osoby spoza kraju), ale w niczym nie przeszkadza to, by docenić miejscowe cuda. Jednym z nich jest mozelskie wino, produkowane o kilka kroków od stolicy. Niemal 100 proc. tych trunków wypijanych jest na miejscu, co oznacza, że aby ich spróbować, trzeba tu po prostu przyjechać.

Gdy wieczorem zamawiam wino musujące, a kelner przynosi mi rachunek, w pył zostaje rozbity mit, że to miasto jest piekielnie drogie. Owszem, ceny bywają wysokie, jednak za butelkę trunku produkowanego metodą tradycyjną – tą samą, wedle której powstaje oryginalny szampan – płacę osiem euro. Za wino będące kupażem aż czterech szczepów – pinot noir, pinot blanc, rieslinga i chardonnay – świeże i owocowe, to cena więcej niż zachęcająca.

Unia Zjednoczonych Frytek

Brukselę od Luksemburga dzieli niecałe 200 km, ale pokonując ten dystans, przesuwam się od świata doskonałego do krainy, w której dawno już machnięto ręką na dopieszczanie szczegółów. Belgijski porządek da się tu odczuć, skala tego miasta oraz wrzący kocioł wielokulturowości rozsadzają jednak bez trudu sztywno określone ramy.

Na lunch zachodzę do jednej z niczym nie wyróżniających się knajpek w pobliżu Parlamentu Europejskiego. W południe wylewają się z niego europosłowie, do których dołącza fala urzędników z Komisji Europejskich. Na ich szyjach kołyszą się identyfikatory, krawaty są jednak poluzowane. Nad talerzami z sałatką wykuwają się unijne dyrektywy, natowskie traktaty, skrupulatnie wyliczone dotacje. Bruksela stała się centrum europejskiego świata i najłatwiej odczuć to właśnie w Dzielnicy Europejskiej. W szklanych gmachach nieustannie trwa praca nad tym, by utrzymać Stary Kontynent w jedności, ten projekt pomyślano jednak na tak ogromną skalę, że nie sposób uniknąć pęknięć i ślepych uliczek. Przechadzając się pomiędzy zaaferowanymi urzędnikami pędzącymi pomiędzy siedzibą Komisji Europejskiej (Berlaymont), Rady Unii Europejskiej, Parlamentem i niezliczoną ilością biur, mam wrażenie, że trwa tu ciągłe przeciąganie liny, docieranie koncepcji, szukanie kompromisu. Zobaczenie tego na własne oczy jest fascynujące.

W centrum miasta urzędnicy są mniej widoczni, wyparci przez turystów i tłum ludzi z całego świata. W Brukseli żyje się dobrze i każdy chce uszczknąć choć trochę z rodzących się tu możliwości. W kolejce po lokalny specjał – frytki – stoją Azjaci, przybysze z Maroko, Afrykanie. Zapach rozgrzanego oleju i zapowiedź treściwej uczty równają wszystkich. Frites wymyślono właśnie w Belgii i żeby do końca życia zapamiętać, jak frytki powinny smakować, trzeba ich spróbować w stolicy. Skrojone z wybranych gatunków ziemniaków, smażone dwukrotnie w kotłach z olejem o różnej temperaturze, kapnięte majonezem z cytryną. Miłość do nich jest tu na tyle powszechna, że wiele smażalni działa bez chwili przerwy, cały rok. Oświetlone drgającym światłem budki ze smażonymi ziemniakami wyznaczają szlak nocnych wędrówek mieszkańców tego miasta.

Rozpłyń się w nocy

W stolicy Holandii znajduję to, czego bezskutecznie szukałem w Luksemburgu. Chaotyczną żywiołowość, pęknięte mury, zapach stojącej wody w kanałach, portowy charakter. Zardzewiałe rowery. Niedopałki papierosów porzucone na chodnikach. Swobodnie płynącą codzienność. Wiązane skrupulatnie w pozostałych krajach Beneluksu supły poprawności zostają tu rozwiązane. Amsterdam jest kwintesencją hedonizmu.

Wieczorem miasto tonie w ciepłym żółtawym świetle. Czerwone neony klubów odbijają się w wodzie kanałów. Muzea, których będąc w Amsterdamie nie wolno ominąć – Rijksmuseum, Muzeum Van Gogha i Stedelijkmuseum – zamknęły już na głucho drzwi. W niewielkich cafe – wbrew nazwie mających niewiele wspólnego z kawiarniami – mieszkańcy przysiadają nad kuflami piwa. W powietrzu żarzą się ogniki papierosów i miniaturowych fajeczek. Obłoki dymu i złoty płyn chlupoczący w szkle są biletem wstępu – pozwalają zostawić kończący się dzień za sobą, zrobić pierwszy krok ku pogrążonej w półmroku krainie zabawy.

Amsterdam, zaraz po Berlinie i Budapeszcie, jest jednym z jaśniejszych imprezowych punktów na mapie Europy. O dziewiątej wieczorem miasto przeobraża się, ukazując skrywaną w trakcie dnia twarz. Spełnia najbardziej wyrafinowane zachcianki, przyzwala na wszystko, o czym pomyślisz. Ta obfitość jest upajająca, ale może też deprymować. Krążę po mieście, nie mogąc się zdecydować, czego chcę. Zaglądam do pomieszczeń spowitych słodkawym dymem, mijam rozbawione grupki ludzi krążące między magicznym trójkątem wyznaczonym przez plac Dam, Rembrandtplein lub Leidsplein. Zbieram się na odwagę, obserwując oświetlone kulistymi żarówkami barki sunące po kanale. Odwzajemniam uśmiechy. W końcu daję się poprowadzić dudniącym basom transowej muzyki dobiegającym z migoczącego stroboskopowym światłem klubu. Przekraczam próg. Znikam.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

One Thought on “Biznes, traktaty, zabawa”

  1. Tak właśnie opisałabym i moje wrażenia z podróży po Beneluksie, podróży odległej co prawda w czasie, ale wciąż aktualnej. Pięknie napisane