3 lata temu

Churros – nie tylko w tłusty czwartek

Te pączki stworzone zostały po to, by maczać je w czekoladzie.

Jakieś dziesięć kilometrów na zachód widać było zabudowania Baezy. Nocą musiała być rozświetlona, jedyny jasny punkt na horyzoncie, na którym dało się zawiesić wzrok. Úbeda patrzyła na Baezę, a Baeza na Úbedę.

Sobotnia noc gromadziła mieszkańców obu hiszpańskich miejscowości, wybierali dobre miejsca na skraju zabudowań, na wzniesieniach, murze miejskim lub schodkach prowadzących do kościoła. Patrzyli w dal na bliźniacze miasto i pili. Patrzyli też na siebie, stojąc blisko, tak by podczas rozmowy móc się dotknąć, otoczyć ramieniem lub poklepać po plecach. Gdy się zmęczyli, siadali na murku lub krawężniku, dziewczyny ostatnie – zwlekały, ile się dało, by nie pobrudzić starannie wybranych na wieczór ubrań; murek pokrywał blady kurz, który zostawiał szpetne ślady na sukienkach i spodniach.

Niektóre wolały poczekać, aż wino i piwo zrobią swoje, i wtedy siadały na kolanach chłopców, pozwalając, by otoczyli ich szerokie biodra dłońmi, zadowoleni i szczęśliwi, że to idzie w tym kierunku.

Ci, którzy wciąż stali, a dziewczyny nie siedziały na ich kolanach, nie czuli się urażeni, wiedzieli, że następna sobota jest za siedem dni, potok słów i żartów płynął bez przerwy, to nie czas na obrażanie się i dąsy. Podważane palcami zawleczki puszek z piwem syczały przenikliwie, szeleściły torby z jedzeniem, a żółte światło lamp rzucało na twarze cień.

Centrum Ubedy, Hiszpania

Nie było w Úbedzie lepszego miejsca do wieczornego spotkania niż obrzeża miasteczka.

Gdzieś w centrum, paręset metrów stąd, w którejś z restauracji można było zacząć: otworzyć pierwsze piwo lub butelkę wina, zjeść późną kolację w towarzystwie przyjaciół i rodziny, ale to było zaledwie preludium, okazja, by nabrać rozpędu.

Później trzeba było gdzieś pójść. Zostawić tych, którzy wszystko już przeżyli, zostawić turystów, którzy zawsze trzymają się centrum, przesiadują na Plaza de Andalucía lub Primero de Mayo, ewentualnie w Paradorze, bajecznym renesansowym pałacu zamienionym na hotel, niedaleko skraju miasta.

Blisko z niego do murku, z którego widać Baezę i na którym można postawić butelki lub oprzeć się o pień figowca, ale ci z Paradoru o tym nie wiedzą i trzymają się Plaza de Vázquez de Molina i pałacu. Kto by się zresztą nie trzymał tych wspaniałych pokoi z ciężkimi kotarami na wysokich oknach oraz restauracji, w której kelnerzy czekają dyskretnie i reagują na każde skinienie? Któż by zrezygnował z tych metalowych stolików na dziedzińcu, otoczonych donicami z zielonym krzewem, stojących obok kolumn wspierających łuki krużganków? Późnym wieczorem w lipcu lub sierpniu można zobaczyć z dziedzińca kilka gwiazd, trochę przyblakłych w światłach hotelu, jest ciepło i przyjemnie, kelnerzy nalewają wino, można odchylić się na krześle i trzymając kieliszek w dłoni, patrzeć w niebo, ale to nie tam, lecz na murku okalającym stare miasto dziewczyny przysiadają na kolanach chłopców.

Gdyby nie my, nikt by o was w życiu nie słyszał – mówią ci z Úbedy, gdy przyjeżdżają do nich mieszkańcy Baezy.

Nie do końca mają jednak rację, gdyż to przecież do Baezy wędrują podróżni, by obejrzeć katedrę z żelazną kratą wykutą przez mistrza Bartolomé i rzucić okiem na Palacio de Jabalquinto z arabską fasadą. To Baeza ma starą kawiarnię Mercantil, najlepsze miejsce na śniadanie, i Casa Lucas, gdzie dają dobre tapas.

Przeczytaj więcej w książce Michała Głombiowskiego "Trzeci dzień"
Przeczytaj więcej w książce Michała Głombiowskiego “Trzeci dzień”

Szliśmy śladem nocnego spotkania. Byliśmy sami. Gdy chcesię spotkać ludzi, trzeba iść do centrum, tam gdzie w jednej z dwóch churrerías, położonych niemalże naprzeciwko siebie, można kupić churros, długie jak wąż, słonawe pączki smażone w wielkim kotle. Przy niewielkich stolikach spotka się tam tych, którzy zamiast bratać się nocą, spali, i wszyscy oni są teraz bardzo zadowoleni, a w lokalu jest spokojna, radosna atmosfera. Pączki, przyniesione na płachcie szarego papieru przez krępą Hiszpankę, można maczać w kawie lub czekoladzie, lepiej w czekoladzie, i tłuścić sobie nimi palce, nie sposób zjeść ich bez tego; a ponieważ dzień jest szczególny, dobrze jest ubrać się trochę ładniej i niespiesznie czytać przy stoliku gazetę lub rozmawiać z sąsiadem, unosząc filiżankę delikatnym ruchem.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 Thoughts on “Churros – nie tylko w tłusty czwartek”

  1. Zjadłabym takie pączki bez namysłu. Brakuje nam polskich pączków w Gruzji. Piszesz o nich tak apetycznie, że chyba czas na smażenie. A co, dobry pączek nie jest zły.

    1. Dzięki :) Podróże zawsze wiążą się ze stanem pewnego nienasycenia: będąc w Polsce tęsknimy za odległymi miejscami, mieszkając w Gruzji śnią nam się polskie pączki :) Choć z pozoru to uczucie jest dość dojmujące, w efekcie chyba jednak wzbogaca. Mam nadzieję, że smażenie przyniosło piękne efekty :)