3 lata temu

Dimitris tnie granata

Długie godziny spędzone nad filiżankami kawy, winogronową wódką i cząstkami dojrzałych granatów zamieniają się na Krecie w powolne odkrywanie ludzkich historii.

Dimitris miał potężny nos sprawiający wrażenie, że patrzy się na sępa, brązowe oczy i czoło pocięte głębokimi bruzdami. Miał też sporo zdjęć, oryginalnych oraz odbitek ksero, które wkrótce wydobył zza baru i przyniósł do obejrzenia. Kolorowy papier – zakładając, że te wyblakłe przypominające najlepsze czasy ORWO strzępki barw można nazwać kolorem – dziesięć centymetrów na piętnaście, a na nim Dimitris siedzący w innej epoce na niemieckim drewnianym płocie z panoramą Alp za plecami.

Miałem kiedyś kobietę w Niemczech, wyjaśnił cedząc słowa, dawno już zdusił w sobie wszystko, co się z tym wiązało. Na fotografii widać młodego mężczyznę o ciemnych włosach, gładkiej trochę nieśmiałej twarzy i niezbyt modnych spodniach; jakże trudno w nim poznać dzisiejszego Dimitriego.  Przerzucaliśmy  bez pośpiechu pozostałe zdjęcia. Spłowiałe wizerunki rodziny, dziadkowie, pradziadkowie, czasem rodzice. Ustawieni sztywno, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała, patrzący z uwagą w obiektyw, bez cienia uśmiechu, przejęci faktem, że fotograf – dysponujący wtedy mało czułym materiałem – kazał im pozostać w bezruchu. Wszyscy wyglądają niemal identycznie, ubrania skopiowane przez krawca, wysokie skórzane buty, wszystko sprowadzone na starej kserokopii do kilku odcieni szarości.

Ta ciągłość, odcisk historii jest na Krecie niesłychanie ważny. Przechowuje się go w postaci zdjęć, dawno zapomnianych dyplomów, spłowiałych szkolnych świadectw, a pewnie i sporej ilości lubianych niegdyś przez kogoś przedmiotów, których tym razem było nam dane obejrzeć.

Zdjęcia i przeróżne świstki papieru podsuwano nam jednak przez cały pobytu na greckiej wyspie równie chętnie jak kieliszeczki winogronowej wódki. Do niej trochę sera, pomidorów lub – jak w Nivritos – pełnych koloru nabrzmiałych cząstek granatu, zalanych lepkim, niemal sztywnym miodem.

Dimitris z równym spokojem jak do wszystkiego innego zabrał się za obieranie kolejnego owocu, pokazując nam przy okazji, jak to najlepiej robić. Cienkim małym nożykiem zdejmuje się – niczym z jabłka – mięsistą skórę, nacina lekko owoc w pionie i pozwala mu – pomagając nieco palcem – rozłożyć się w rozetę cząstek wypełnionych pesteczkami ze słodką otoczką. Wtedy trzeba kciukiem wyłuskiwać ziarenka w zgiętą dłoń, a gdy nazbiera się ich już kilka lub kilkanaście, lekkim ruchem wrzuca się je wprost do ust.

Pomiędzy połknięciem kolejnych cząstek, powoli rozwijała się przed nami historia tego miejsca i opowieść Dimitrisa. Z każdą kolejną godziną kształt Grecji, Krety i śródziemnomorskiego świata nabierał ostrości. Rozmawialiśmy. Słuchaliśmy. Robiłem trochę zdjęć aż popołudniowe światło zgasło i zmieniło się w wieczorną szarość.

DSC_5734

ISO 800; 1/6 sek.; f/7.1; 70 mm (dla matrycy DX)

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *