3 lata temu

Jedna chwila w malezyjskiej świątyni

Malezja jest krajem muzułmańskim, ale całkiem dobrze czują się w niej także buddyści i hinduiści

To współistnienie wyznań nadaje malezyjskim miastom przyjemnej różnorodności. Tworzy warstwy, które są bogactwem tego kraju, a podróżującemu zapewniają kolejne doznania. Świątynie znacznie się od siebie różnią, podobnie jak ludzie, skupieni w swoich enklawach w poszczególnych dzielnicach miast. Nie ma tu jednak mowy o gettach, mieszkańcy różnych wyznań i pochodzenia płyną przez miasto niczym rzeka o tysiącach odnóg. Być może również dlatego, że mimo przeważającej ilości muzułmanów (niecałe 64 proc.), żadna religia nie ma tu takiej pozycji, jak u nas chrześcijaństwo (w Polsce za katolików uważa się 93 proc. społeczeństwa, 87 proc. ochrzczonych jest w obrządku rzymskokatolickich – porównajcie to z tymi 64 proc. malezyjskich muzułmanów, którzy stanowią teoretycznie w kraju większość). Monolit tam po prostu nie istnieje, a ludzie różnych wyznań mijają się codziennie na ulicy.

Zależnie do nastroju, chęci lub okazji, zachodziłem więc do takiej lub innej świątyni. Meczety w dużej mierze odpadały, jako niemuzułmanin miałem do nich ograniczony dostęp. Gdy naszła mnie jednak ochota, by poczuć trochę żywiołowości, zmysłowości i zobaczyć nieskończoną feerię barw, szedłem do świątyń hinduistycznych, korzystając przy okazji z pobliskich restauracji z chlebkami naan. Gdy zatęskniłem za zapachem kadzidełek i kojącym spokojem, szukałem buddystów. Gdy pragnąłem pobyć w gwarze, otaczającej mnie zewsząd czerwieni i popatrzeć jak sacrum miesza się z profanum, a modlitwy z wróżbami dotyczącymi przyszłych biznesów, zachodziłem do chińskich świątyń, które zresztą często nie były świątyniami tylko siedzibami rodzinnych klanów.

Tylne naturalne światło w ładny sposób rozświetlało mrok wnętrza, podkreślając płynące w powietrzu nitki dymu. Zrezygnowałem z użycia flesza, by nie zwracać uwagi modlących się i nie psuć nastroju zbudowanego przez światło. Na tym zdjęciu nie ma jakiegoś podniosłego nastroju, wielkiego skupienia. Ot, kilka chwil wyrwanych z codzienności na zapalenie kadzidła i uspokojenie myśli.

DSC_2691

ISO 640; 1/40 sek.; f/5; 52 mm (dla matrycy DX)

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *