3 lata temu

Krzyk węgierskiej celniczki, czyli wino z Lidla za 20 zł

Pewnego dnia nakrzyczała na mnie węgierska celniczka. Znalazłem dziś jej historię w jednym z win.

Są takie kraje, z którymi jakoś nie bardzo mi po drodze. Węgry do nich należą. Przejeżdżałem przez nie wielokrotnie, najczęściej w drodze na południe, które zawsze w końcu przyciąga najskuteczniej z wszystkich kierunków. Zwykle tylko przejeżdżałem. Mijając lasy, pola kukurydzy, którą kiedyś zdarzyło mi się podkraść, a czasem szukając – bezskutecznie – zatoczki lub parkingu, na którym mógłbym się przez kilka godzin przespać w samochodzie. Poza autostradami szukanie ich na Węgrzech jest udręką.

Nie do końca czuję te Węgry. Wciąż wiem o nich niewiele. Nie zawsze rozumiem.

Ładnych parę lat temu, gdy ten skrawek świata nie był jeszcze objęty strefą Schengen, podjechałem na przejściu granicznym pod okienko celnika. Gdy się zatrzymałem, wyszła jakaś kobieta w mundurze i nakrzyczała na mnie solidnie po węgiersku, z czego nie zrozumiałem ani słowa. Kiedy skończyła, rozkazała mi gestem ręki jechać, co zrobiłem. Do dziś zastanawiam się – gdy najdzie mnie zimowy lub jesienny spleen i porządna dawka melancholii – o co jej właściwie chodziło.

Nigdy się już tego nie dowiem. Mogę więc bezkarnie snuć domysły i tworzyć przeróżne historie.

Czasem myślę, że ta celniczka, niska i trochę tęga, wstała tego dnia z poczuciem, że jej życie nie wygląda tak, jak wyglądać powinno. Gdy jechała do pracy, w jej głowie pojawiały się te wszystkie obrazy, które miały przecież stać się kiedyś jej życiem, a zostały wyparte przez węgierską rzeczywistość. Ciasne mieszkanie, w którym więdły kwiatki, bo nikt nie miał czasu ich podlewać, a kosz na brudną bieliznę wypełniały jej sprane biustonosze i brudne spodnie męża, nie mające już w sobie ani trochę uroku.

Wyobrażam sobie, jak potem tkwiła na tej granicy przez kolejne godziny. Próbowała ogrzać ręce coraz zimniejszym kubkiem z herbatą, a wszystko wokół było coraz bardziej szare i beznadziejne, aż w końcu przyjechał jakiś śmiesznie mały polski samochód. Wyszła więc i wylała wszystko, co rosło uparcie i tkwiło w niej od dwudziestu lat wprost na moją głowę.

Tak sobie czasem myślę. Ale mogłem też oczywiście zrobić coś nie tak na tej dziwacznej granicy, która na szczęście później zniknęła, choć – jak widać ostatnio – nikt nie powiedział, że jest to już stan stały – i słusznie zostałem przywołany do porządku.

Piszę o tym, patrząc na etykietkę węgierskiego wina z Lidla – Eszterbauer Szekszardi Komam 2013. Widząc tę czarno-białą starą fotografię przedstawiającą trzech mężczyzn w kapelusikach, z których dwaj trzymają bukłaki z winem (jeden unosi już swój do ust), a trzeci patrzy na nich jakby trochę zniecierpliwiony, ale pogodzony z losem; myślę o tym, że takie fotografie są wspaniałe. Mogą bowiem być, podobnie jak moja mała przygoda na granicy, początkiem różnych historii.

A to one są najważniejsze w podróżowaniu i być może w piciu wina również.

Eszterbauer Szekszardi Komam 2013 ma dość paskudny kolor rozmytego barszczu, ale oprócz tego sporo zalet. Kosztuje 20 zł, jest leciutkie i bardzo przyjazne. Garbniki są w nim dość wątłe. Kwasowość trzymana w ryzach, choć w blogosferze niektórzy określają to wino jako bardzo kwasowe. Nie bardzo mieści mi się to w głowie, ale może powinienem coś zrobić z granicą kwasowości, którą uznaję za normalną.

Jest więc ten “Węgier” solidnie owocowy (wiśnia) i ma trochę pieprzną nutę. Robi go rodzinna winnica Eszterbauer i choć Komam – będący blendem aż 5 szczepów – nie jest ich okrętem flagowym, wychodzi im naprawdę udanie. Można go pić bez żadnych ale, mając z tego mnóstwo radości i przy okazji wymyślać sobie różne opowieści.

A na drugi dzień po otwarciu zyskuje jeszcze bardziej, co udowadnia, że większość win potrzebuje nieco czasu. Ale o tym już innym razem.

Eszterbauer Szekszardi Komam 2013

Eszterbauer Szekszardi Komam 2013

Producent: Eszterbauer
Rocznik: 2013
Kraj: Węgry
Region: Szekszardi
Apelacja: OEM (Oltalom Eredetmegjelöléssel)– odpowiada unijnym oznaczeniom takim jak włoskie DOP , które dotyczy wielu produktów spożywczych.
Szczep: Cabernet Sauvignon, Merlota, Kékfrankoss, Cabernet Franc i Kadarka
Cena: 20,00 zł, Lidl
 
 

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

One Thought on “Krzyk węgierskiej celniczki, czyli wino z Lidla za 20 zł”