9 miesięcy temu

Malta – Więcej kultury proszę

Valletta staje się prawdziwym centrum kulturalnego życia.

TEKST: MICHAŁ GŁOMBIOWSKI, NATIONAL GEOGRAPHIC TRAVELER, 01.2018

Lord Byron nie znosił tych schodów. Narzekał na ulice, po których trzeba się wspinać, męczyć nogi, obijać sobie stopy o kamienne stopnie. Nazywał je przeklętymi. Wędrując w rozgrzanym letnim powietrzu po ulicach Valletty – stolicy Malty – mogę go zrozumieć. To zajęcie równe godzinie spędzonej w klubie fitness. Jednocześnie nie potrafię wyobrazić sobie tego miasta płaskiego, nie stawiającego wyzwań. Dzięki schodom przemierzanie gostaje się spokojniejsze, bardziej uważne. Wymuszone na zaczerpnięcie tchu przystanki skłaniają, by rozejrzeć się wokoło.

Budynki stojące wzdłuż wąskich dróg są spięte sznurami, na których powiewają płachty kolorowego prania. Gdy pod nimi przechodzę, nos wypełnia się zapachem proszku i świeżości. Są znakiem codziennego życia toczącego się niespiesznie w mieście, które spokoju w swych dziejach zaznawało rzadko. O jego historii przypomina solidny, wzniesiony z kamiennych bloków mur trzymający Vallettę w mocnym objęciu. Imponujące bastiony i mury obronne broniące dostępu przed obcymi zarówno od strony lądu, jak i wody czyniły Vallettę jednym z najlepiej ufortyfikowanych miast na świecie.

Ulokowane na półwyspie powstało w XVI w. jako zapora przed falą tureckiej ekspansji. Próba powstrzymania nadciągającego islamu. Przez wieki gwarantem spokoju miał być urzędujący tu zakon maltańskich rycerzy, którzy z błogosławieństwem papieża starali się utrzymać stary świat w posadach. Odparli trwające przez cztery miesiące tureckie Wielkie Oblężenie w 1565 r. Ulegli dopiero Napoleonowi w 1798 r., a Maltańczycy – próbując uchronić się przed francuskimi wpływami – oddali się pod opiekę Brytyjczyków. Ci zadomowili się tu na 200 lat, zostawiając po sobie język, czerwone budki z telefonami oraz lewostronny ruch na ulicy.

Doki portowe, Malta, Valletta / fot. Michał Głombiowski
Doki portowe, Malta, Valletta / fot. Michał Głombiowski
Widok z Valletty na Sliemę. Malta / fot. Michał Głombiowski
Widok z Valletty na Sliemę. Malta / fot. Michał Głombiowski

Wirusoodporna

Dziś Malta musi sprostać innej inwazji – na mającą zaledwie 27 km długości wyspę trafia co roku ponad 5 mln turystów. Większość lokuje się poza stolicą, w pobliżu rozgrzanych słońcem plaż. Licząca trochę ponad 7 tys. mieszkańców Valletta nie uchodzi jednak ich uwadze. W 2018 r. przybyszów będzie znacznie więcej. Tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, który stolica Malty będzie piastować, przyciągnie dodatkowych gości. Ponad 140 projektów i 400 imprez, 1000 biorących w nich udział artystów, kuratorów i projektantów zamienią to miasto w centrum kulturalnego świata. Kosztem 10 mln euro życie malutkiej wyspy przyspieszy, a jej puls przez rok bić będzie rytmem spektakli teatralnych, koncertów, wernisaży, filmowych seansów, ulicznych happeningów.

– Zależy nam na żywiołowości i wyjściu w przestrzeń miejską. Dlatego nasz projekt nastawiony jest na interakcję z uczestnikami wydarzeń – mówi Catherine Tabone, dyrektor wykonawcza Fundacji Velletta2018, odpowiedzialnej za program imprezy.

Historia stara jak świat

Valletta mimo napływu gości zachowała jednak zadziwiającą zdolność chronienia własnego charakteru. Pomimo dużej liczby przybyszów nie ulega komercjalizacji, nie nagina się do ich potrzeb. Pozostaje odporne na infekcję, na które zapadła Barcelona, Wenecja i kilka innych turystycznych hitów. Jest niezmienna.

Miasto łączy codzienność z rzeczami wzniosłymi i potrafiącymi zachwycić. Jej codzienność przejawia się ogromną liczbą sklepików dających odpór sieciom handlowym i międzynarodowym markom. Ulicznymi stoiskami z wypiekami z farszem z zielonego groszku, drewnianymi wykuszami, z których mieszkanki Valletty prowadzą ze sobą dyskusje. Zachwyca zaś chociażby fantazyjnie zdobiona katedra, w której można przepaść na długie godziny, wpatrując się w obraz Caravaggia Ścięcie św. Jana Chrzciciela. Włoski malarz trafił na wyspę uciekając z Rzymu przed karą śmierci. Gdy patrzę na mające blisko 15 m kw. płótno, nie mogę pozbyć się myśli, że jedno z najwybitniejszych dzieł Caravaggia powstało dzięki historii starej jak świat: zazdrości o kochankę. Gdyby nie pojedynek, w którym zginął Ranuccio Tomassoni, artysta nie trafiłby na Maltę i nie dostał zlecenia od wielkiego mistrza zakonu Alofa de Wignacourt. Nie stworzyłby tego ponurego w tonacjach, wstrząsającego dzieła. Jako jedyne zostało przez malarza podpisane.

Trzeba też zajrzeć do głównej sali Biblioteki Narodowej Malty, tuż obok pałacu Wielkich Mistrzów. W ciszy, przerywanej jedynie delikatnym szelestem przewracanych kartek zgromadzono ustawione na sięgających sufitu regałach tysiące książek. Ich zapach unosi się w całym pomieszczeniu. Początki tego księgozbioru sięgają 1555 r., gdy joannici zaczęli gromadzić rękopisy i jednocześnie dumać nad stworzeniem dla nich jakiegoś lokum. Obecny budynek powstał jednak dopiero w 1796 r., nakreślony przez włoskiego architekta Stefano Ittara. W jego salach, pomiędzy tysiącami twardych okładek mieści się historia druku, ludzkiego pędu do wiedzy i burzliwe dzieje zakonu maltańskiego.

Zdumienie budzi fort Saint Elmo, chroniący Vallettę od północnego wschodu. Na tym bastionie w kształcie gwiazdy zatrzymali się Turcy osmańscy, próbujący w 1567 r. zdobyć miasto. Fort bronił się przez 28 dni i choć w końcu uległ, zyskany czas umożliwił przygotowanie pozostałych bastionów oraz nadciągnięcie posiłków z Hiszpanii, którym udało się odepchnąć najeźdźców. Na rozgrzanych słońcem kamieniach odrestaurowanego niedawno obiektu dziś wylegują się koty, obojętne za zaczepki mijających ich turystów.

Fort Elmo, Valletta, Malta / fot. Michał Głombiowski
Fort Elmo, Valletta, Malta / fot. Michał Głombiowski

Na wyżyny doznań potrafi na Malcie zaprowadzić nawet proste danie podawane tu w co drugiej restauracji. Królik. Potrawa narodowa. Maltańczycy, śladem Włochów, przyjęli zwyczaj późnego ucztowania. Najlepsze lokale ani myślą otwierać się wcześniej niż o 19. To w nich można trafić na królika przyrządzonego na dziesiątki sposobów. Ponoć zjada się ich tu blisko 3 mln rocznie, co, biorąc pod uwagę, że na Malcie żyje nieco ponad 400 tys. osób, wydaje się wyczynem imponującym. Delikatnie przyprawiony, gotowany w sosie z wina lub – jeżeli kucharza najdzie odrobina fantazji – szampana, okazuje się daniem zachwycającym.

Liczy się papier

Caffe Cordina ma w sobie coś, co każe mi płynąć do niej prostym kursem. 180 lat na karku, kelnerzy zachowujący stosowną powagę. Obok obitego blachą baru kręcili się turyści, próbujący uchwycić aparatami zdobienia na ścianach. W rogu siedziało jednak kilku stałych bywalców. To oni stanowili centrum tego lokalu, to wokół nich przystawali kelnerzy.

Kawiarnia przyjmuje bez zniechęcenia fale przybyszów z całego świata, jednorazowych gości, którzy rzadko tu wracają. Równocześnie zachowuje uwagę dla tych, którzy tworzą charakter tej jednej z najstarszych kawiarni na świecie. Mężczyźni w marynarkach i kobiety ze starannie ułożonymi fryzurami prowadzą dyskusje w języku malti, przeplatanym włoskimi i angielskimi słowami. Wieczni czytelnicy pochylają się tu codziennie nad książką lub gazetą.

Przez chwilę żałowałem, że nigdy nie będę jednym z nich. Do tego trzeba czegoś więcej niż kilkudniowego pobytu w tym mieście. Usiadłem jednak przy stoliku i zamówiłem espresso. Schowałem smartfon. W Cordinie, działającej nieprzerwanie od 1837 r. (choć w międzyczasie nie obeszło się bez przeprowadzki pod nowy adres), wciąż liczy się zadrukowany papier. Sączyłem kawę, zdusiwszy pokusę uwieczniania tej chwili na zdjęciach i podzielenia się nią ze swoim cyfrowym plemieniem. Wiedząc już, że jutro znów tu przyjdę i następnego dnia także, a wtedy kelner skinie mi głową, pytając tylko: To co zwykle?

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *