Mały, czarny
Jest trochę jak wyrzut sumienia. Ma jednak niewątpliwie klasę. Mam w nim między innymi spis artykułów, które powinienem napisać. Pomysły na teksty i książki. Przypomina mi, jak bardzo jestem do tyłu i budzi poczucie niepokoju. Robi to jednak z klasą. Trudno więc go nie lubić.
Notatnik Moleskine. W wersji klasycznej, z czarną okładką i oczywiście okalającą notes gumeczką. Z tyłu tekturowa kieszonka, do której można wrzucić wszystkie ważne rzeczy – bilet, wizytówkę spotkanego na ulicy człowieka, kwiat do zasuszenia lub znaczki pocztowe, o które, gdy wyjeżdżam, zawsze prosi Tato. Wybrałem wersję w linię, choć ten z czystymi kartkami też kusił.
Kupiłem go kilka miesięcy temu w Sevilli. Większość czasu przeleżał w szufladzie, pomiędzy różnymi rupieciami. Teraz go wydobyłem na światło dzienne.
Parę lat temu miałem podobny notanik, który zabrałem do Ameryki Centralnej. Był trochę wygodniejszy od Moleskina, posiadał zmyślny uchwycik na długopis. Dobrze się w nim pisało. Nadal go lubię, choć nie ma w nim już centymetra wolnego miejsca. Co jakiś czas go gdzieś zobaczę, zmienia często swoje miejsce w mieszkaniu i przypominam sobie wtedy tamtą wyprawę.
Moleskine to jednak co innego.
Ponad dwieście lat historii. Prostota, zaokrąglone rogi, elastyczna miękka okładka, ręcznie wykańczany. Nazwę Moleskine wymyślił ponoć Bruce Chatwin, który notesiki te kupował wręcz nałogowo. Z Moleskinów korzystał Van Gogh, Picasso, pół francuskiej bohemy, Hemingway i Truman Capote. Ten ostatni zapewne wybrał wersję reporterską – pionową, z przekładanymi, a nie rozkładanymi kartkami. O swoim Moleskinie nieraz wspominała Zadie Smith.
W 1986 roku fabryka Moleskine została zamknięta i marka przeszła do historii. Nie na długo, w ’99 mediolańska firma Modo&Modo podjęła się jej reaktywacji. Z powodzeniem.
fot. moleskine.com
Moleskine to symbol minionych czasów, tęskony za spokojem minionej epoki. Używany jest w dzisiejszych czasach przez artystów, polityków, lekarzy, pisarzy, designerów, programistów, zwykłych szarych ludzi, biznesmenów, nawet przez okultystów do spisywania wiedzy tajemnej – jest po prostu wszędzie. W świecie pełnym nowinek technicznych, netbooków czy iPhonów, jest odskocznią do prostego świata pióra i papieru - pisze twórca bloga o tych notesach (www.moleskine.wordpress.com)
Moleskine to symbol współczesnego nomadyzmu. Jest z nami wszędzie, gdziekolwiek jesteśmy, podąża z nami i identyfikuje nas w każdym miejscu na świecie – twierdzą jego producenci.
Coraz częściej, gdy gdzieś wyjeżdżam, zabieram jednak netbooka i notatki z podróży piszę od razu na nim. Nie wiem więc jeszcze, czy mój Moleskine zapełni się, zużyje, ubrudzi. Może zostanie tylko ładnym notesikiem.
Czy można być pisarzem, reporterem, dziennikarzem bez Moleskina w kieszeni? Pewnie można. Wolę go jednak mieć gdzieś w pobliżu.



21.07.2011 o godz. 10:58
Można :) Choć prawdą jest, że Moleskine mają w sobie coś inspirującego, enigmatycznego, swoją historię, swojego ducha. Żałuję, że mój czerwony zeszłoroczny już zapisany po brzegi.
Ciekawy blog. Odnalazłam przypadkiem. Będę zaglądać :)
21.07.2011 o godz. 18:34
Mój jeszcze w większości pusty. To trochę ekscytuje – nie wiem co się w nim wraz z upływem czasu znajdzie i to jest jak niespodzianka. Z drugiej strony, te puste kartki trochę przerażają. No i chwilami szkoda, że coś tak namacalnego, przyjemnego w dotyku i nabierającego własnych cech z każdym nowym wpisem przegrywa powoli w konfrontacji z nowszą technologią.
Dzięki za odwiedziny i zapraszam serdecznie ponownie :)