3 lata temu

Ocean ziemi – najrzadziej odwiedzany region Portugalii

Ogrom przestrzeni w portugalskim Alentejo z początku onieśmiela. Okazuje się jednak tym, za czym najbardziej tęskniłeś

TEKST: MICHAŁ GŁOMBIOWSKI, ONET.PL, 02.2016

Te ryby jeszcze dziś rano pływały Atlantyku – mówi Carlos Barros, właściciel knajpki Arte e Sal w Praia de Morgavel na południowozachodnim wybrzeżu Portugalii.

W poprzecinanym promieniami słońca pomieszczeniu ulokowanym na szczycie atlantyckiego klifu przeżywam właśnie jedną z najcudowniejszych kulinarnych wędrówek po prostych smakach.

Smażone sardynki, przyprószone mąką i obsypane grudkami morskiej soli to zaledwie preludium do dania przygotowywanego w kuchni – robalo, czyli okonia morskiego. W oczekiwaniu aż kucharz go przyrządzi, podjadam sardynki i małe mięsiste oliwki z czosnkiem oraz wychylam kolejne kieliszki białego wina Caios, miejscowego trunku, którego jakość wprawia mnie niemal w osłupienie. Portugalski świat wina stoi trunkami czerwonymi i to one cieszą się największym uznaniem.

Tymczasem, białe Caios, produkowane niedaleko stąd w okolicach Santiago Cacém, po pierwszym łyku katapultowało mnie w okolice winiarskiego szczytu. Wino stworzone ze szczepów Arinto i Antão Vaz, z potężną kwasowością, mineralnym posmakiem, nutami tropikalnych owoców i subtelnym śladem dębowej beczki, w której leżakowało przez trzy miesiące, okazuje się jednym z lepszych białych win, jakie piłem w ostatnich latach. Obserwując przez okno ciągnący się po horyzont Atlantyk i spowite mgłą fale zmierzające uparcie ku brzegowi, nie mogę uwierzyć, że w tej zupełnie niepozornej knajpce porzuconej niemalże pomiędzy niczym – z dala od miejscowości, większych dróg, zabytków – trafiłem na tak fantastyczną butelkę.

To najlepsza rzecz, jaką możesz wypić w Alentejo, a być może w całej Portugalii – mówi Carlos, spoglądają na mnie spod lekko opadających powiek i pocierając pokryte siwym zarostem policzki.

Oferując ryby i owoce morza, Carlos poszukiwał win, które będą w stanie podkreślić ich smak i poprowadzić gości wprost w morskie głębiny, a nie na łąkę pełną eterycznych kwiatków, jak to ma w zwyczaju spora część białych trunków. Caios okazał się do tej roli wprost stworzony, co potwierdza się, gdy mój gospodarz przynosi wreszcie półmisek z grillowanym robalo. Kucharz, wiedząc, że cała magia ryb kryje się w ich świeżości, przyrządził okonia jedynie w towarzystwie plasterków cytryny i kawałków brokułu.

Gdy kilkadziesiąt minut później dopijam wino, obracając w myślach doznania płynące z ledwo co ukończonego posiłku, potrafię zrozumieć mieszkańców Lizbony, którzy mimo dzielących Atre e Sal i stolicę kraju niemal dwustu kilometrów, pokonują w niedziele ten dystans, by oddać swoje kubki smakowe pod władanie Carlosa Barrosa. Krzątający się nieustannie po lokalu mężczyzna okazuje się być magiem znającym kulinarne receptury, które potrafią pozostawić w umysłach przybywających tu osób trwały ślad. Być może nie znika on już nigdy, stając się drogowskazem prowadzącym po smakach do końca życia.

350 km pieszej trasy wzdłuż atlantyckiego wybrzeża - Rota Vicentina - to jeden z sekretnych atutów, dla którego warto przyjechać do Portugalii.
350 km pieszej trasy wzdłuż atlantyckiego wybrzeża – Rota Vicentina – to jeden z sekretnych atutów, dla którego warto przyjechać do Portugalii.

Najdziksze wybrzeże Europy

Alentejo, rozpływając się na mapie Portugalii ogromną plamą sięgającą na południe od Lizbony aż do granic Algarve a na wschodzie po hiszpańską ziemię, łączy dwa światy: otwartą powierzchnię Atlantyku, kuszącą od zawsze podróżników i odkrywców z pogrążoną w tradycji równiną, upstrzoną średniowiecznymi zamkami i majątkami dawnych latyfundiów. Spoiwem sklejającym obie przestrzenie jest szlak Rota Vicentina, którego nitka rozwija się na przestrzeni ponad 350 km, biegnąc wzdłuż atlantyckiego wybrzeża, by dotrzeć aż do przylądka São Vicente, najdalej wysuniętego na zachód punktu Portugalii i Europy. Oddaną do użytku w 2012 r. trasę, oznaczoną drewnianymi słupkami, tworzą dwa przeplatające się szlaki: startująca w Porto Covo i biegnąca tuż przy morzu Ścieżka oraz odbijająca nieco w głąb lądu, rozpoczynająca się bardziej na północ, w Santiago de Cacém, Droga Historyczna.

Razem z Martą Cabral, prezesem Zarządu Stowarzyszenia Vicentina Rota, ruszam z Vila Nova de Milfontes w kilkukilometrową wędrówkę wzdłuż oceanu.

Idziemy niespiesznie, stawiając uważnie stopy na piaszczysto-kamiennej ścieżce oplatającej klifowe zbocza. Ogrom Atlantyku nadaje tej wędrówce oddechu.

Wcinające się w ląd zatoczki złocą się drobnym piachem, skorzystanie z dobrodziejstw tych plaż wymagałoby jednak dość ryzykownego opuszczania się po skałach. Pozostaje sycić nimi wzrok i głęboko wdychać pchane przez bryzę wilgotne powietrze, przesycone zapachem morza i jodu. Sylwetki wędkarzy, przylepione do pionowych ścian klifów, zdają się przeczyć prawom grawitacji. Nawet jednak oni, wprawieni w tych akrobacjach od dziesiątków lat, podejmują za każdym razem ryzyko. Wychylając się z nieprawdopodobnie długimi wędkami ku oceanowi, czerpią z jego bogactwa, ocierając się przy tym o śmierć.

Co miesiąc z tych klifów spada średnio dwóch wędkarzy – mówi Marta. – Szczególnie jesienią i zimą, gdy jest silny wiatr. To niebezpieczne zajęcie.

Ryzyko, które podejmują, zdaje się jednak wykraczać poza samą chęć zdobycia ryb. W zajęciu, któremu się oddają, kryje się też jakaś naturalna potrzeba bycia cząstką tego niemal nienaruszonego świata. Patrząc na nich czuję, że mieszkając tu, również spędzałbym długie godziny przylepiony to tych klifów, nawet gdybym nie parał się wędkarstwem.

Jeżeli szukacie dzikiego wybrzeża, Alentejo obdaruje Was szczodrze. To jedna z najbardziej pierwotnych linii brzegowych południowej Europy.
Jeżeli szukacie dzikiego wybrzeża, Alentejo obdaruje Was szczodrze. To jedna z najbardziej pierwotnych linii brzegowych południowej Europy.

Wybrzeże w Alentejo to jedna z najdzikszych i najlepiej zachowanych linii brzegowych południowej Europy.

Wolne od skazy gęstej zabudowy, piętrzących się hoteli, tłumów i znikającymi pod leżakami plaż. – Potrzebujemy takich miejsc – mówi Marta, prowadząc mnie pomiędzy niskimi sukulentami porastającymi zwartym dywanem szczyty klifów. – Miejsc, w których można odpocząć od zgiełku i zmierzyć się z myślami.

Wąskie zatoczki i klifowe zbocza tworzą jedne z najdzikszych wybrzeży Europy.

Idąc szlakiem Rota Vicentina czuję, że odzyskałem to, czego na co dzień mi brakuje. Świadomość otaczającej mnie ogromnej przestrzeni, spokój i wrażenie, że wszystko znajduje się na swoim miejscu. W przemierzanie tej ziemi pieszo wpisana jest rodząca się powoli świadomość każdego ruchu, rosnąca umiejętność odczytywania krajobrazu, dostrzegania drobnych znaków, które tworzą pełen obraz tego świata. Idziemy stałym tempem, przystając co jakiś czas, by spojrzeć na zachodzące słońce, a Marta mocnym i pięknym głosem nuci tradycyjną portugalską pieśń.

Świat korkowy

To wyswobodzenie się karbów wiecznie pędzącego czasu stawia Alentejo w awangardzie do reszty Europy, pogrążonej w gonitwie za nowoczesnością.

Powolne wyważone ruchy, klarowne czynności i prosta kuchnia, bazująca na tradycjach wiejskich, tak typowe dla tego skrawka świata, sprawiają, że nawet Portugalczycy z pozostałych rejonów kraju uważają mieszkańców Alentejo za plemię stojące nieco na bakier z wymogami dzisiejszych czasów. Lapidarne w słowach, oszczędne w ruchach, potrafiące swobodnie przeplatać czas pracy z wypoczynkiem. Kształtujące na własnych zasadach rzeczywistość wokół siebie i czerpiące całymi garściami z tradycji.

Symbolem tej ziemi są dęby korkowe. Ponad 50 proc. upraw portugalskich dębów przypada na Alentejo. Rozrzucone w sporej odległości od siebie pnie oznaczone są namalowanymi białą farbą cyframi. To ostatnia liczba rocznika, w której drzewo zostało okorowane. Na następne zbiory trzeba czekać 9-10 lat. Kora dębowa, z której powstają korkowe wyroby – z zatyczkami do butelek wina na czele – po odpowiednim nacięciu i delikatnym podważeniu odchodzi od pnia niemal sama. Spod jej warstwy wyłania się ciemnorude drzewo. Bez dębów – nazywanych tu sobreiro – Alentejo byłoby nagie i pozbawione siły. Blisko 73 tys. ha korkowych plantacji daje pracę niemal 12 tysiącom osób i cierpliwie dźwiga krajowe PKB, dorzucając do niego co roku dobre 5 procent.

Te niskie drzewa są tak nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu, że mimo kryzysu kilka lat temu, nikt nie wziął tu na poważnie prognoz mówiących o konieczności stopniowej likwidacji plantacji i wycinki drzew. Mieszkańcy Alentejo, wzruszając ramionami na kasandryczne wieści rynkowych specjalistów, nadal okorowywali drzewa, wiedząc, że naturalnego korka nic nie jest w stanie zastąpić. Po kilku latach, podczas których świat tkwił w zachwycie nad jego syntetycznymi odpowiednikami, okazało się, że ludziom brakuje tego, co naturalne i obecne w życiu od pokoleń. I choć ceny korkowej kory nie wróciły już do dawnego poziomu, podniosły się na tyle, by tutejsi bez zaprzątania sobie głowy zmianami mogli nadal zajmować się tym, czym już parali się ich rodzicie i dziadkowie.

Wielka pustka

Na niskie sylwetki dębów patrzę, stojąc na kamiennym murze zamku w Monsaraz. Niewielka budowla, pamiętająca średniowiecze, otoczona pierścieniem białych domów przykrytych rdzawymi dachówkami i sięgającymi po horyzont plantacjami drzew jest jak symbol całego Alentejo. Codzienność zahacza tu o historię, sięga bez przeszkód po czasy urodzonego na tej ziemi Vasco de Gamy, podboju Maurów. Kamienne zamki, dawne latyfundia, posady – potężne pałace zamieniane dziś w pięciogwiazdkowe hotele, funkcjonują tu na równych prawach z dzisiejszością, tak jakby przez setki lat świat u swych podstaw nie bardzo się zmienił.

Niewielki zamek w Monsaraz, pamiętający średniowiecze, otoczona pierścieniem białych domów przykrytych rdzawymi dachówkami i sięgającymi po horyzont plantacjami drzew jest jak symbol całego Alentejo

Z zamkowego muru wzrok płynie swobodnie, niczym nie zatrzymywany, zaledwie ślizgając się po rozrzuconych niczym okruchy na stole pojedynczych zabudowaniach, drzewach i przesuwając się po poszarpanym brzegu jeziora Alqueva, które ze swoimi 250 km kw. powierzchni sięga swobodnie po tytuł jednego z największych sztucznych akwenów w Europie. W ogromnej przestrzeni Alentejo, miasta i budynki wydają się w niemal niewidoczne, kameralne i pozbawione rozmachu. Évora, historyczne centrum regionu, miasto do dziś niosące ślady obecności Rzymian, ma populację przekraczającą ledwo 55 tys. ludzi. Ten ocean ziemi jest niemal opustoszały: na terenie zajmującym jedną trzecią kraju, mieszka zaledwie 7 proc. portugalskiego narodu. W tej ciszy i samotności wykuwa się charakter Alentejo: skupiony na codzienności, mocny i czerpiący siłę z najprostszych przyjemności. ♦

Jak dolecieć

Bezpośrednie loty z Warszawy do  Lizbony oferuje między innymi portugalska linia TAP (www.flytap.com). W cenie biletu zabierzemy nadawany bagaż o wadze do 23 kg. Bilety od około  900 zł w obie strony.

źródło: Onet.pl

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

One Thought on “Ocean ziemi – najrzadziej odwiedzany region Portugalii”