Kierunek – Turyn

Całun Turyński pod opieką Templariuszy. Mnóstwo czekolady, dużo niebezpiecznej magii i miasto, do którego – nie wiedzieć czemu – mało kto jeździ. W dzisiejszej Rzeczpospolitej mój tekst o Turynie. Do poczytania także w dziale Artykuły.

Zapraszam.

A jeżeli w Turynie byliście, podzielcie się wrażeniami. Ja to miasto niezwykle lubię.

Przeczytaj też:

Smaki świata – Dania

Dania od kuchni

„Trzeci dzień” opakowany

Były różne propozycje, w końcu chyba stanie na tej. Okładka jest dość śródziemnomorska.  W każdym razie książka przybiera powoli bardziej ostateczny kształt. Premiera przełom wiosny i lata tego roku!

3dzien okladka 186x300 Trzeci dzień opakowany

Przeczytaj też:

Upycham białe karteczki

Książka, która zabierze Cię w podróż!

Rubin z Chile

3 września 2010 roku, pod koniec dnia, krótka notka na Twiterze oznajmiła przybycie nowego mistrza winiarskiego. Benjamin Mei przyjechał do Chile z Francji i od tego czasu widnieje w materiałach winnicy Apaltagua jako człowiek odpowiedzialny za to, co znajdujemy w pochodzących stamtąd butelkach.

Wino, które miałem przed sobą, było również z 2010 rocznika i to kazało mi się zastanowić się, ile jest już w nim Benjamina Mei’a. Pracę w winnicy prowadzonej przez rodzinę Tutunjian podjął w tym samym roku, w którym zebrano grona na moje wino. Gdyby to była Europa, plony zbierano by pewnie akurat gdzieś we wrześniu, co dawałoby jeszcze jakąś, choć raczej niewielką, szansę na udział Benjamina w tym, co chlupotało w butelce o przyjemnym burgundzkim kształcie, który bardzo lubię.

W Chile jednak zbiory równie dobrze mogły odbyć się dużo wcześniej – w lutym, czy marcu – a wtedy Benjamin Mei siedział jeszcze pewnie we Francji i raczył się jakimś dobrym Chablis, jeździł po Paryżu rowerem, zajadał bagietkę lub robił cokolwiek innego, co powinno się robić we Francji.

W winie pozostał więc zapewne tylko Álvaro Espinoza, Chilijczyk, który dziś w winnicy Apaltagua jest głównym konsultantem, w przypływach dobrego humoru podpowiadającym Benjaminowi, co może jeszcze zrobić, by ich wina stały się jeszcze lepsze niż są. Álvaro, mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, wygląda tak, jak wyobrażamy sobie Chilijczyków, upływ lat nie pozostawia na nim zbyt wielu śladów, a jego ciemne oczy i włosy nie mogą nie robić na kobietach odpowiedniego wrażenia. W 2010 mógł mieć spory wpływ na moje Pinot Noir, choć na co dzień większy wpływ ma na carménère, szczep który jest jego specjalnością.

Było więc całkiem możliwe, że w butelce miałem sporo Álvaro Espinozy, i toantiyal chile 160 300x225 Rubin z Chile było nie byle co, gdyż Álvaro jest znany w tym co robi i od lat cieszy się zasłużonymi względami.

Pinot Noir to nie jest wino, które można dostać tak od ręki w każdym sklepie, markety i delikatesy bezradnie rozkładają ręce, pozostają w zasadzie sklepy winiarskie, choć i tu nie liczcie na obfitość równą merlotom. Szczep jest kapryśny, mało odporny, lubi się po prostu wypiąć na wszelkie staranie i skapitulować na całej linii, więc robienie z niego wina jest dość męczące, a efekt niepewny. Najbardziej lubi Burgundię, co nie powinno zanadto dziwić, kto w końcu by jej nie lubił, mnie jednak trafił się Pinot Noir z Chile.

Prosta nieprzesadzona etykietka z ładną falą u dołu i dobrze dobraną czcionką sugerowały, że i w winie nic nie będzie przesadzone i rzeczywiście, wszystko było w nim w świetnych proporcjach. Trunek uwiódł mnie w przeciągu zaledwie kilku minut.

Swój elegancki rubinowy kolor Apaltagua Reserva Pinot Noir zawdzięcza ponoć przetrzymaniu przez trzy dni winogron wraz z nieoddzielonymi skórkami w niskiej temperaturze.  Przez te trzy dni, oddają one to, co mają – kolor, aromat i całą swoją czerwoną owocowość.

Później mamy dwanaście dni fermentacji w stalowych kadziach, a połowa wina trafia na sześć miesięcy do drewnianych beczek. Na koniec jest mieszana z tą, która do beczek nie trafia i wszystko trzymane jest jeszcze przez pół roku w butelkach. Nuty drewna są więc dość przytłumione i delikatne, jeżeli się je lubi, trzeba ich trochę poszukać pod aromatem wiśni, a może bardziej wiśniowej pestki.

Ciekaw jestem, czy następne roczniki, które już z pewnością wyszły spod ręki Benjamina Mei’a, człowieka z lubością zakładającego obszerne marynarki do sportowych butów, są równie urzekające.

Dajcie znać, jeżeli mieliście okazję to sprawdzić.

 

Apaltagua Reserva Pinot Noir 2010 apaltagua pinot 300x300 Rubin z Chile

Chile, Curico Valley, 

prod. ‘Viñedos y Bodega Apaltagua’.
5 /6  

 

Przeczytaj też:

Z południa

Stary list

Otwórz, zjedz, przeżyj

Podobno przez niego rozpadają się małżeństwa, ale nie mogę w to jakoś uwierzyć. Ponoć można go tylko kochać lub nienawidzić, ale w to uwierzyć mi równo ciężko. Mówią że, jeżeli jedna osoba go kocha, a druga nienawidzi, nie warto zawracać sobie głowy ślubem i wspólnym życiem, gdyż i tak nic z tego nie będzie; nie ma tu miejsca na kompromisy i dobrą wolę.

Myślę jednak, że to jedna z tych historii, którymi częstuje się turystów, by mieli co zabrać ze sobą i opowiadać przy pokazywaniu zdjęć.

Gdy późnym popołudniem wracaliśmy w Kuala Lumpur do hotelu, mijaliśmy miejsce, gdzie w trakcie dnia stał sprzedawca durianów. O tej godzinie zwykle go już nie było, pozostawał tylko nieco duszny, trochę mdlący zapach unoszący się z wydrążonych durianowych łupin rzuconych na chodnik, ale to było naprawdę niewiele więcej niż mało przyjemny, ale w sumie  nieistotny smrodek śmieci przeleżałych w tropikalnym klimacie. Trochę słodkawy, powodujący lekki grymas na twarzy, ale nie rozwód i małżeńską katastrofę.

W malezyjskich sklepach, przy wejściach do państwowych urzędów, na drzwiach restauracji można czasem zobaczyć nalepkę z przekreślonym durianem, zajadanie smrodliwego owocu nie wszędzie jest dobrze widziane; lubisz go, delektuj się nim we własnym domu, zdają się mówić te proste obrazki, trudno jednak zrozumieć, o co tak naprawdę się tu rozchodzi – durian w zawodach na najbardziej odrażający zapach świata nie miałby żadnych szans na zwycięstwo.

Zgnilizna, szambo, zepsute mięso – jak, można jeść owoc, którego skórka po przekrojeniu ujawnia takie niespodzianki? Tykająca kolczasta bomba, czekająca na nieuważnego, który wbije w nią nóż i zostanie wysadzony w powietrze. Przewodniki powtarzają wciąż to samo, wspierane przez telewizyjne programy węszące za egzotycznymi ciekawostkami.

Był ciężki, choć wybraliśmy i tak jednego z mniejszych, niespecjalnie tani, a jego twarda łupina kazała odnosić się do niego z szacunkiem. W środku kremowy, plastikowa łyżeczka wbijała się w miąższ niczym w masło (Boże, co za wstyd jeść duriana łyżeczką, może nikt nas nie widział), przerażająco tłusty, trochę waniliowy, z początku intrygujący, po chwili coraz bardziej odrażający.

Czułem go później przez większość dnia i nie było to przyjemne. Oblepiający smak, który wpełzł do gardła i nie dawał się już niczym spłukać. O 11 3865 300x198 Otwórz, zjedz, przeżyj

By polubić duriana, być może trzeba urodzić się w Azji. Być może trzeba wraz z nim dorastać, patrzeć jak matka kroi go ostrym nożem w kuchni. Nie wierzcie jednak w te historie o małżeńskich katastrofach, jego  zapach to naprawdę nic, nieszkodliwy zapaszek, nieprzyjemna duszna mgiełka wisząca nad drewnianym stoiskiem sprzedawcy na rogu ulicy Petaling i Sultan.

Prawdziwe przygody zaczynają się, gdy weźmie się go do ust.

Przeczytaj też:

Changi

Kamień w stopie

Książka, która zabierze Cię w podróż!

O mojej książce ostatnio niewiele pisałem, co nie znaczy, że prace wydawnicze nad nią nie trwają. „Trzeci dzień” właśnie powoli zyskuje okładkę. Kliknij w zdjęcie, a odkryjesz więcej.

baner 300x199 Książka, która zabierze Cię w podróż!

Przeczytaj też:

Podręczny

Chrystus wychodzi na ulice

Nowa ojczyzna

Jeżeli wyruszyliście kiedyś w podróż, a po dotarciu do celu poczuliście, że to wasze miejsce i że właśnie tam możecie w pełni rozkwitnąć, musicie wiedzieć, że carménère, po przybyciu do Chile musiał poczuć się podobnie.

Francuski szczep winorośli na zawsze porzucił ojczyznę – Bordeaux – wyrzekając się jej sławy, ale też uciekając przed jej matczyną opieką i z góry określonymi oczekiwaniami. Na początku dziewiętnastego wieku trafił do Chile i stał się tym, czym w Bordeaux nigdy zapewne szans stać by się nie miał.

Przez ponad sto czterdzieści lat ukrywał jednak swą tożsamość, podając się za merlota. Świat mu uwierzył. To tak, jakbyśmy pojechali na drugi koniec świata – do Australii dajmy na to – i przez kolejne dziesiątki lat wszyscy uważali by nas za Rosjan, czy Niemców.

W końcu jednak zawsze ktoś odkryje prawdę, w tym przypadku był to Jean Michel Boursiquot, człowiek, który wie o winie tyle, że nie sposób było go zignorować. W 1994 roku wszedł pomiędzy krzaki winorośli, pomacał owoce, przyjrzał się liściom i stwierdził, że ten merlot nie jest żadnym merlotem.

Chilijscy winiarze nie byli zachwyceni. Kto by był, gdyby przez ostatnie lata z mozołem tworzył z wysiłkiem i uporem legendę miejscowego merlota? Tego, który merlotem jednak nie był. Carménère  ma jednak swoją siłę. W Chile pokazał na co go stać. Dąsy niebawem się skończyły.

Wina z winnicy Maipo zadomowiły się już u nas na dobre. Lubię je, bo lubię patrzeć na podwójne wieże kościoła na etykietce. W najnowszych rocznikach niestety ostała się tylko jedna, ale nadal jest całkiem przyjemna.

Tego typu kościółki, niemal zawsze białe, z ukrytymi w wieżach dzwonami, w kolonialnym stylu, rozrzucone są od Meksyku, przez Gwatemalę, Honduras, aż do Peru, Chile i Boliwii. Ten jednak nie jest bezimienny. Wieże wieńczą czerwone dachówki. Z jasnej etykietki na butelce patrzy kościół w niewielkiej chilijskiej miejscowości od której winnica wzięła nazwę – Maipo. Zbudowali go jezuici w drugiej połowie siedemnastego wieku i do dziś istnieje.

W grudniu, w jego ósmym dniu, do tego niewielkiego budynku ciągną tysiące pielgrzymów – w większości potomków Inków – by dziękować Dziewicy Maryi za opiekę nad ich ziemią i prosić o nią w kolejnym roku. Pieszo, konno, na rowerach, pojedynczo, całymi rodzinami. Ściągają do miasteczka od samego rana, przybywają już nawet w noc poprzedzającą święto. W białych koszulach, pasiastych ponczach, długich sukniach, prostych kapeluszach na głowach. Gdy dzień się rozwinie, na uliczki miasta wysypuje się procesja, a kilkunastu mężczyzn o poważnych skupionych twarzach niesie na swych barkach drewnianą platformę z wizerunkiem Maryi Dziewicy.

To dobry, ciekawy dzień.

Po mszy biją dzwony. Te same, które widać na etykietce butelki stojącej na moim stole. Pijąc wino, można na nią patrzeć. To szczegół, który dużo zmienia. W winie zwykle o te szczegóły właśnie się rozchodzi.

Jest coś mocno erotycznego, zmysłowego w tym karminowym kolorze Carménère Maipo. Trunek jest ciepły i przyjemnie otula. Sporo w nim kobiecości.

Gdy poruszy się kieliszkiem i wetknie w niego głęboko nos, czuć wyraźną dymną nutę. Przez pół roku część wina starzona jest w beczkach z amerykańskiego dębu, a część w stalowych kadziach. Na koniec wszystko jest łączone.  Ten dymny, beczkowy aromat sprawia dużo radości, nie jest nachalny, ale jednak wyraźny; sporo znawców kręciłoby pewnie nosem (hmmm, dominuje tu trochę beczka), nie zamierzamy się jednak przecież tym przejmować. Pomimo 13 proc., alkohol jest ładnie skryty, nie wyrywa się na przód i nie pokrzykuje głośno, by zwrócić na siebie uwagę.

Jeżeli szukacie naprawdę dobrego wina w świetnej cenie (coś koło 20 zł), po Carménère Maipo możecie sięgać bez obaw. Jest w nim mnóstwo przyjemności.maipo car 65 200x300 Nowa ojczyzna

Kusi już Maipo Carménère Reserva, może niebawem, choć pamiętajcie, że w krajach Nowego Świata oznaczenie reserva może znaczyć zarówno bardzo wiele, jak i zupełnie nic.

 

Viña Maipo Carménère  2008

Chile, Central Valley, 

prod. Viña Maipo

4.5 /6  

 

 

 

Przeczytaj też:

Z południa

Stary list

Koniec. Kropka.

Ostatnie zdanie. Plik zapisany.

Niegdyś na ostatniej stronie książki pisało się dużymi literami KONIEC, dając czytelnikowi jasny sygnał, że historia dobiegła końca. Dziś nigdy nie wiadomo, czy to już naprawdę koniec, wszystko ma zwykle ciąg dalszy. Nie ma końców.

Te KONIEC było jednak chyba bardziej dla pisarza, niż czytelników. Stawiałeś te kilka liter i wszystko było już jasne, mogłeś pójść wypić szklaneczkę wina lub whisky, czy po prostu poczuć, że wreszcie jest już po sprawie. Ostatnie tygodnie, miesiące, a często lata zamykasz w jednym słowie, napisanym kapitalikami. Trochę ulgi, nieco niedowierzania, pustka czająca się gdzieś w pobliżu.

Brakuje mi więc trochę tego KONIEC, to jednak nie czasy Josepha Conrada, by pisać KONIEC, nawet, gdy jest to rzeczywiście koniec.

W każdym razie druga książka skończona, jest duża szansa, że w tym roku jeszcze trafi na rynek. Tym razem to coś o Ameryce Środkowej – opis podróży po Meksyku, Gwatemali, Salwadorze i Hondurasie.

Ten rok zrobił się dla mnie jakiś książkowy, ale to dobrze, czas wreszcie pewne kwestie zamknąć i iść dalej.

Przeczytaj też:

Stary list

Latawce dla zmarłych

Tropiki w kieliszku

Wino ma to do siebie, że łatwo może cię przenieść w inne rejony świata, zabrać w krótką lub dłuższą podróż, która może się różnie skończyć – trafisz na ciepłe, rozgrzane plaże albo cuchnące moczem podejrzane ciemne uliczki.

chile2 300x187 Tropiki w kieliszku

Photo: ALAMY

Białe Turi Chardonnay wiedzie wprost w tropikalne rejony, choć samo wino pochodzi z Chile, kraju owszem, miejscami całkiem ciepłego, leżącego jednak sporo poniżej równika. Central Valley,  gdzie wino to powstało, leży dokładnie pośrodku kraju i smagane jest morskim wiatrem, a od maja do lipca, czyli w zimie, zalewane niemałą ilością deszczy. Spore przestrzenie winnic mają zawsze w tle potężne masywy Andów i nie liczcie tam raczej na widok egzotycznych palm.

Chardonnay – szczep winorośli, który cały świat kocha  - ma jednak to do siebie, że daje trunki mocno owocowe, często, jeżeli winogrona uprawiane były w chłodniejszych rejonach  o aromacie jabłek , a tropikalnych owoców, gdy przyszło im rosnąć w nieco cieplejszych.

W Turi padło więc na te tropikalne. Ciepłe wino, miękkie i przyjemne, niczym tropikalne kraje, ale i podobnie, jak one, kryjące jakąś niespodziankę – tym razem to ostry, szczypiący lekko w język pikantny smak, ujawniający się, gdy wino przetrzyma się dłużej w ustach.

W kieliszku miałem niezwykle jasny trunek, to w ogóle jakaś moda ostatnich lat, prawie przeźroczyste białe wina, wyglądające niemal jak woda. Kiedyś trudne do spotkania, może za wyjątkiem portugalskich vinho verde, dziś to już jednak prawie codzienność, w skali odcieni zdecydowanie na pierwszej pozycji, tej blado żółtej, z naciskiem na „blado”.395246 386923301324588 151073408242913 1726693 1127577682 n Tropiki w kieliszku

Niemal niezauważalne malutkie bąbelki zbierały się na powierzchni wina, sugerujące jego świeżość i młody wiek, a intensywny zapach tropikalnych owoców – przede wszystkim ananasa i to raczej takiego jeszcze lekko zielonego – przeniósł mnie od razu na Sri Lankę, na Unawatuna, zakątek na plaży, uśpiony w martwym sezonie, ale zawsze z przyjemną ciepłą wodą w morzu. Spędziliśmy tam w ubiegłym roku dobry tydzień, trudno dziś powiedzieć w zasadzie na czym, po prostu na byciu tam. Codziennie szliśmy przez całą mieścinę, spacer prowadzący aż do ulicy idącej do Colombo, przy której mężczyzna o smagłej cerze sprzedawał w drewnianej budce owoce. Braliśmy trochę małych bananów, dojrzałe papaje, czasem kokosa i prawie zawsze właśnie ananasa, dojrzałego i ociekającego słodyczą.

Miałem go teraz w tym winie, choć sam trunek był zdecydowanie wytrawny, o dobrej, nienachalnej, ale i nie nazbyt przytłumionej kwasowości. Chwilami ananas znikał i pojawiała się na moment inna nuta, trudna do uchwycenia – ciepła otulająca wanilia, zapewne pochodząca z dębiny, choć nie dam głowy, czy te wino widziało kiedykolwiek dębową beczkę; a po chwili coś zupełnie nietypowego – mleko lub masło, ale ta sekunda, czy dwie, to zbyt mało, by móc być czegoś pewnym.

Wina z Chile pojawiają się u mnie jakoś ostatnio mimowolne, zupełnie przypadkiem, niedawno pisałem przecież także o Turi, ale cabernecie, a czeka już carmenere z Maipo, ale o nim dopiero za kilka dni.turi chardonnay 119x300 Tropiki w kieliszku

Turi Chardonnay,

Chile, Central Valley,

prod. Leyda

4/6 

Przeczytaj też:

Pięć i pół tysiąca stopni

Thomas Lipton spogląda na Cejlon

Bicerin pieści wybrankę

Piętnaście centesimi to nie były żadne pieniądze. Miał je każdy, nawet ten, który przyjeżdżał do Turynu z okolicznych wiosek, by sprzedać na targu trochę jajek i oliwę lub przybywał do miasta z wypiekami na twarzy i spuszczoną głową załatwić kilka spraw, które w końcu, ile by się tego nie odwlekało, trzeba załatwić.

Mieli też je wszyscy ci, którzy w niedzielę zbierali się na mszy w  Santuario Della Consolatta. Artyści, prawnicy, kupcy, rolnicy, służące, robotnicy. Te piętnaście centesimi to naprawdę nic nie było i każdy, jeżeli tylko zechciał, a większość chciała, mógł zajść po modlitwie do Cafe al Bicerin na niedużym kwadratowym placu Conolata tuż obok świątyni i poprosić o bicerin. To ich z pewnością jakoś łączyło.

Tyle wtedy trzeba było dać – piętnaście centesimi - za otulony metalową oprawą kieliszek pełen kawy, kakao, tłustego mleka i korzennych przypraw. Wszystkie składniki lane warstwowo, kawa koniecznie na samym dnie, nigdy nie zmieszane. layered mocha m Bicerin pieści wybrankęZestaw który przemówił do całego osiemnastowiecznego Turynu, choć na kartach jego historii wpisali się oczywiście tylko nieliczni, choć lubili zaczynać od niego dzień podobnie, jak i inni – tym razem padło na Aleksandra Dumas, a nieco później na Nietzschego.

Bywa tak, że trudno dojść do prawdy. Z bicerin’em jest podobnie. Być może po raz pierwszy powstał w małej kawiarni na Piazza della Consolata i jest to całkiem prawdopodobne, zwłaszcza, że ten mały lokal o metalowych drzwiach i boazerii upstrzonej lustrami uchodzi za jedno z pierwszych miejsc w Turynie, Włoszech, a może i Europie, gdzie kobiety mogły pojawić się bez towarzystwa mężczyzn, a przecież to kobiece podniebienia smak bicerin’u musiał pieścić szczególnie.

Kto wie, czy jednak pierwsi nie byli ci w Caffè Fiorio na dzisiejszej via Po? Wiele osób tak twierdzi i mają oni zazwyczaj sporo pewności w oczach i różne argumenty, którymi łatwo wytrącają wszelkie wątpliwości.

Wtedy jednak o tym jeszcze nie wiedziałem, nazwa Caffè Fiorio nic mi nie mówiła i poszedłem do lokalu na placu Consolata. We Włoszech ciągnie się za mną jednak jakieś fatum, już w Trieście rozbiłem się o głucho zamknięte drzwi lokalu, który zajął kilkadziesiąt stron książki Magrisa, w Turynie nie miało się to jeszcze odmienić i nie wszedłem do środka Cafe al Bicerin. Słońce przygrzewało przyjemnie, włoskie kobiety o włoskich kształtach kręciły się koło kościoła i na nic zdało się pełne desperacji sterczenie na placu z wzrokiem utkwionym w nieme okna Cafe al Bicerin.

Zamówiłem bicerin więc gdzie indziej, w lokalu na ulicy biegnącej gdzieś w stronę Padu, można go dostać w zasadzie w całym mieście. Kelner w zielonej kamizelce przyniósł go niedbale, klucząc pomiędzy stolikami ustawionymi na chodniku przez kawiarnią i wylał nieco płynu na spodeczek.

Poczułem się przez moment przez to dotknięty, kieliszek na nóżce, który dawno już zastąpił szkło z metalowym uchwytem, od którego napój wziął nazwę, był nieprzyjemnie zbrukany, wysychająca lepka strużka znaczyła jego bok i pomyślałem, że kelner mnie zlekceważył. W jego niedbalstwie było jednak trochę szczerości, a zalepiony kieliszek zdjął z bicerian’a tą całą napuszoną historię, mentorski głos płynący z przewodników, wciąż powtarzane, ale niewiele znaczące zachwyty.bicerin topper 300x171 Bicerin pieści wybrankę

Bicerin był gładki, a czekolada gorąca. Piłem go powoli, ale przyniesiony po chwili i położony obok bez słowa rachunek mówił, że po dwustu latach wszystko się musi zmienić, i że żaden Włoch nie pójdzie już po mszy na bicerin’a, bo nikt z miejscowych tyle za niego nie da i było już jasne, że został on im odebrany, a to co, kiedyś łączyło, teraz już tylko dzieli.

 

fot. Robert Deutsch, USA TODAY

Przeczytaj też:

Piękna starość

Noc na lotnisku

Brak nam czasu, by spojrzeć na linię lotu mewy

Spacerując po Lizbonie, często nie zabieram aparatu ze sobą, żeby w końcu nacieszyć się miastem. Kiedy człowiek wychodzi po zdjęcia, to jest zupełnie inny stan skupienia. Świadomość się wyostrza, patrzy się na świat inaczej, szuka detali, ciekawych graficznie sytuacji. Moim zdaniem nie jest się jednak w stanie przeżywać odwiedzanego miejsca w pełni. Mam ogromną satysfakcję, kiedy jestem w jakimś miejscu zjawiskowo pięknym na dłużej i mam tę swobodę nieposiadania aparatu. Wówczas siedzę i po prostu cieszę się widokiem, uczę się go na pamięć. A wokół mnie tłum turystów wyłącznie fotografuje. Podglądam ich i widzę, że nie poświęcają nawet minuty, by spojrzeć na to miejsce oczami, a nie obiektywem. Zrobią zdjęcie, natychmiast się odwracają i
odchodzą. To nie jest przeżywanie świata, to jest przyszpilanie go, jak martwego motyla w kolekcji. Żyjemy u progu kultury całkowitego braku refleksji, bombardowani zajawkami informacji, poganiani od jednego do drugiego linku. Brak nam czasu, by spojrzeć na linię lotu mewy z tarasu Largo das Portas do Sol. Szkoda.

Marcin Kydryński, wywiad dla miesięcznika Podróże (wyszczególnienia własne)

Przeczytaj też:

Podręczny

Trzeba się wysilić, by poczuć radość

Sygnowano: Michał Głombiowski