Jeżeli wyruszyliście kiedyś w podróż, a po dotarciu do celu poczuliście, że to wasze miejsce i że właśnie tam możecie w pełni rozkwitnąć, musicie wiedzieć, że carménère, po przybyciu do Chile musiał poczuć się podobnie.
Francuski szczep winorośli na zawsze porzucił ojczyznę – Bordeaux – wyrzekając się jej sławy, ale też uciekając przed jej matczyną opieką i z góry określonymi oczekiwaniami. Na początku dziewiętnastego wieku trafił do Chile i stał się tym, czym w Bordeaux nigdy zapewne szans stać by się nie miał.
Przez ponad sto czterdzieści lat ukrywał jednak swą tożsamość, podając się za merlota. Świat mu uwierzył. To tak, jakbyśmy pojechali na drugi koniec świata – do Australii dajmy na to – i przez kolejne dziesiątki lat wszyscy uważali by nas za Rosjan, czy Niemców.
W końcu jednak zawsze ktoś odkryje prawdę, w tym przypadku był to Jean Michel Boursiquot, człowiek, który wie o winie tyle, że nie sposób było go zignorować. W 1994 roku wszedł pomiędzy krzaki winorośli, pomacał owoce, przyjrzał się liściom i stwierdził, że ten merlot nie jest żadnym merlotem.
Chilijscy winiarze nie byli zachwyceni. Kto by był, gdyby przez ostatnie lata z mozołem tworzył z wysiłkiem i uporem legendę miejscowego merlota? Tego, który merlotem jednak nie był. Carménère ma jednak swoją siłę. W Chile pokazał na co go stać. Dąsy niebawem się skończyły.
Wina z winnicy Maipo zadomowiły się już u nas na dobre. Lubię je, bo lubię patrzeć na podwójne wieże kościoła na etykietce. W najnowszych rocznikach niestety ostała się tylko jedna, ale nadal jest całkiem przyjemna.
Tego typu kościółki, niemal zawsze białe, z ukrytymi w wieżach dzwonami, w kolonialnym stylu, rozrzucone są od Meksyku, przez Gwatemalę, Honduras, aż do Peru, Chile i Boliwii. Ten jednak nie jest bezimienny. Wieże wieńczą czerwone dachówki. Z jasnej etykietki na butelce patrzy kościół w niewielkiej chilijskiej miejscowości od której winnica wzięła nazwę – Maipo. Zbudowali go jezuici w drugiej połowie siedemnastego wieku i do dziś istnieje.
W grudniu, w jego ósmym dniu, do tego niewielkiego budynku ciągną tysiące pielgrzymów – w większości potomków Inków – by dziękować Dziewicy Maryi za opiekę nad ich ziemią i prosić o nią w kolejnym roku. Pieszo, konno, na rowerach, pojedynczo, całymi rodzinami. Ściągają do miasteczka od samego rana, przybywają już nawet w noc poprzedzającą święto. W białych koszulach, pasiastych ponczach, długich sukniach, prostych kapeluszach na głowach. Gdy dzień się rozwinie, na uliczki miasta wysypuje się procesja, a kilkunastu mężczyzn o poważnych skupionych twarzach niesie na swych barkach drewnianą platformę z wizerunkiem Maryi Dziewicy.
To dobry, ciekawy dzień.
Po mszy biją dzwony. Te same, które widać na etykietce butelki stojącej na moim stole. Pijąc wino, można na nią patrzeć. To szczegół, który dużo zmienia. W winie zwykle o te szczegóły właśnie się rozchodzi.
Jest coś mocno erotycznego, zmysłowego w tym karminowym kolorze Carménère Maipo. Trunek jest ciepły i przyjemnie otula. Sporo w nim kobiecości.
Gdy poruszy się kieliszkiem i wetknie w niego głęboko nos, czuć wyraźną dymną nutę. Przez pół roku część wina starzona jest w beczkach z amerykańskiego dębu, a część w stalowych kadziach. Na koniec wszystko jest łączone. Ten dymny, beczkowy aromat sprawia dużo radości, nie jest nachalny, ale jednak wyraźny; sporo znawców kręciłoby pewnie nosem (hmmm, dominuje tu trochę beczka), nie zamierzamy się jednak przecież tym przejmować. Pomimo 13 proc., alkohol jest ładnie skryty, nie wyrywa się na przód i nie pokrzykuje głośno, by zwrócić na siebie uwagę.
Jeżeli szukacie naprawdę dobrego wina w świetnej cenie (coś koło 20 zł), po Carménère Maipo możecie sięgać bez obaw. Jest w nim mnóstwo przyjemności.
Kusi już Maipo Carménère Reserva, może niebawem, choć pamiętajcie, że w krajach Nowego Świata oznaczenie reserva może znaczyć zarówno bardzo wiele, jak i zupełnie nic.
Viña Maipo Carménère 2008
Chile, Central Valley,
prod. Viña Maipo
4.5 /6