5 lat temu

Smakując Podkarpacie – cz. 3

Nie bardzo ufam sezonowym knajpom, jakże chętnie ulegającym grzechowi pośpiechu i niedokładności. Na szczęście są miejsca, które rozbijają tę moją nieufność w pył

[dropcap]Chata Wędrowca w bieszczadzkiej Wetlinie kłuje nieco pretensjonalną nazwą.[/dropcap] To raczej przybytek przyjmujący w ramiona grupy samochodowych turystów niż strudzonych wędrowców pieszo przemierzających kilometrowe szlaki. Tyle, że za bardzo to nie przeszkadza.

Otwarta od maja do października karczma wyspecjalizowała się w daniach zanurzonych w lokalności, muśniętych autorskimi ambicjami. Wchodząc do drewnianej sali lub moszcząc się na tarasie z widokiem na góry, czujemy zapach karpackiej historii. Baranina, jagnięcina, maczanka, węgierski placek po cygańsku, słowackie i czeskie wina, piwa…

Rzut oka na zrobioną z pomysłem kartę dań daje nadzieję na porządną ucztę – w spisie nie znajdziemy nieśmiertelnego de volaille i schabowego. Pewnym ukłonem w stronę potrzeb klientów jest grecka sałatka – tu zwana sałatką bieszczadzkich Greków – ale myślę, że ten śródziemnomorski desant można jakoś wybaczyć. Wszak karpaccy górale znają się na owczych i kozich serach, również tych solankowych, a i o pomidorach i ogórkach mieliby z pewnością coś do powiedzenia.

Wygląda to wszystko niezwykle przyzwoicie, mimo gwaru i pośpiechu kelnerek próbujących jakoś okiełznać kolejne fale przybyszów. Grzejąc się w popołudniowym słońcu na tarasie, spróbowałem jednak tylko jednego specjału Chaty Wędrowca – goszczony przez kilka dni przez mieszkańców Podkarpacia i karmiony kolejnymi specjałami na nic więcej nie mogłem się już zdobyć.

Naleśnik Gigant - Chata Wędrowca w Wetlinie

Naleśnik Gigant, z którego Chata słynie, w pełni zasłużył na swoją nazwę. Talerz, na którym jest podawany mógłby z powodzeniem służyć za tarczę do rzucania strzałek. To porcja potrafiąca zadowolić cztery osoby, ewentualnie dwie bardziej wygłodniałe. Porywanie się na nią samodzielnie wydaje się szaleństwem.

Gigant właśnie kończy 20 lat, a bieszczadzcy wędrowcy na pewno pamiętają go, jak był jeszcze maluchem i podawano go w Bacówce pod Małą Rawką – opisuje początki Robert Żechowski, twórca Giganta. – Tam go wymyśliliśmy. Powstał z potrzeby chwili i rzeczy, które były pod ręką. Mąka, mleko i jajka. Bacówka stała na polanie otoczonej polami jagodowymi. Wystarczyło połączyć wszystkie składniki w całość i tak powstał Naleśnik Gigant.

Naleśnik to nazwa trochę myląca. Specjał smażony jest bowiem w głębokim tłuszczu. W efekcie pęcznieje, zamieniając się w racucha lub – jak opisują go jego twórcy – tajemniczo wyglądającego stwora. Solidnej grubości chropowata struktura, pełna zakamarków i wykrotów, z naleśnikiem ma właściwie wspólne tylko składniki. Zwykłego naleśnika bije jednak na głowę, choć wiem, że spora w tym zasługa dużej ilości tłuszczu, o który nasz mózg tak głośno woła.

Robert Żechowski zarzeka się, że do dziś dogląda każdej partii ciasta na Giganta. Uważa, że tego specjału nie da się przenieść poza Podkarpacie – wyrwany stąd, straci swą poetykę, kontekst i historię.

Być może ma rację. Przy tak niewielkiej ilości składników, o wyjątkowości Giganta decydują szczegóły – miejscowa mąka, wiejskie jaja, gęsta śmietana od zaufanego hodowcy, jagody kryjące wspomnienie Władzia Nadopty, który przez lata przynosił je osobiście do kuchni (jeszcze w Rawce). Doświadczenie Roberta Żechowskiego, te tysiące usmażonych naleśników, o których pamiętają jego dłonie, oczy, nos… Znaczenie ma ponoć nawet bieszczadzkie powietrze, które wyostrza zmysł smaku.

Pośpieszcie się, bo spróbować tego cudu możecie jeszcze tylko przez miesiąc, w tym roku Chata Wędrowca czynna będzie jedynie do 26 października.

Zjedzone, sprawdzone

Naleśnik Gigant podawany jest m.in. z truskawkami, jabłkami, twarogiem, jogurtem, ale jedynie wersja z jagodami otrzymała Certyfikat MADE IN BIESZCZADY Bieszczadzkiego Produktu Lokalnego. O randze tej wersji słodkiego specjału świadczy też pusząca się tuż obok nazwy litera R, mówiąca o tym, że produkt został objęty patentem.

Trzymajcie się więc tej najbardziej klasycznej wersji – z jagodami kokoszącymi się w gęstej kwaśnej śmietanie polanej miodem. To składniki rodzące się na tej ziemi.

Nie jestem wielkim amatorem słodyczy, ale Naleśnik Gigant absolutnie mnie ujął, podobnie jak cała Chata Wędrowca. W jej internetowym opisie – “to miejsce nastawione na przyjemność smakowania, delektowania się, odkrywania nowych smaków zamiast biernego ich przyjmowania w pośpiechu” – nie ma na szczęście przesady.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 Thoughts on “Smakując Podkarpacie – cz. 3”

  1. Z sałatką to nie przesada. Grecy to też historia Bieszczad. Ogólna liczba osadników greckich w Krościenku

    oraz wsiach najbliższych w 1953 r. sięgała liczby 3000.

    1. Macieju, zgadzam się, co zresztą wynika z mojego tekstu. Dzięki za przytoczenie liczb, to cenne informacje.
      Wydaje mi się, że sprawa jest zresztą szersza niż tylko obecność Greków w Bieszczadach. Krąg kulturowy i zwyczaje kulinarne mają sporo cech wspólnych – ludy pasterskie ulepione są z jednej gliny ;) Inna kwestia, że obecność oliwek czy oliwy w menu podkarpackiej knajpy może sprawiać wrażenie obcego wtrętu, co nie jest jednak w tym układzie wielkim grzechem :)
      Pozdrawiam