Tropiki w kieliszku
Wino ma to do siebie, że łatwo może cię przenieść w inne rejony świata, zabrać w krótką lub dłuższą podróż, która może się różnie skończyć – trafisz na ciepłe, rozgrzane plaże albo cuchnące moczem podejrzane ciemne uliczki.
Białe Turi Chardonnay wiedzie wprost w tropikalne rejony, choć samo wino pochodzi z Chile, kraju owszem, miejscami całkiem ciepłego, leżącego jednak sporo poniżej równika. Central Valley, gdzie wino to powstało, znajduje się dokładnie pośrodku kraju i smagane jest morskim wiatrem, a od maja do lipca, czyli w zimie, zalewane niemałą ilością deszczy. Spore przestrzenie winnic mają zawsze w tle potężne masywy Andów i nie liczcie tam raczej na widok egzotycznych palm.
Chardonnay – szczep winorośli, który cały świat kocha - ma jednak to do siebie, że daje trunki mocno owocowe, często, jeżeli winogrona uprawiane były w chłodniejszych rejonach o aromacie jabłek , a tropikalnych owoców, gdy przyszło im rosnąć w nieco cieplejszych.
W Turi padło więc na te tropikalne. Ciepłe wino, miękkie i przyjemne, niczym tropikalne kraje, ale i podobnie, jak one, kryjące jakąś niespodziankę – tym razem to ostry, szczypiący lekko w język pikantny smak, ujawniający się, gdy wino przetrzyma się dłużej w ustach.
W kieliszku miałem niezwykle jasny trunek, to w ogóle jakaś moda ostatnich lat, prawie przeźroczyste białe wina, wyglądające niemal jak woda. Kiedyś trudne do spotkania, może za wyjątkiem portugalskich vinho verde, dziś to już jednak prawie codzienność, w skali odcieni zdecydowanie na pierwszej pozycji, tej blado żółtej, z naciskiem na „blado”.
Niemal niezauważalne malutkie bąbelki zbierały się na powierzchni wina, sugerujące jego świeżość i młody wiek, a intensywny zapach tropikalnych owoców – przede wszystkim ananasa i to raczej takiego jeszcze lekko zielonego – przeniósł mnie od razu na Sri Lankę, na Unawatuna, zakątek na plaży, uśpiony w martwym sezonie, ale zawsze z przyjemną ciepłą wodą w morzu. Spędziliśmy tam w ubiegłym roku dobry tydzień, trudno dziś powiedzieć w zasadzie na czym, po prostu na byciu tam. Codziennie szliśmy przez całą mieścinę, spacer prowadzący aż do ulicy idącej do Colombo, przy której mężczyzna o smagłej cerze sprzedawał w drewnianej budce owoce. Braliśmy trochę małych bananów, dojrzałe papaje, czasem kokosa i prawie zawsze właśnie ananasa, dojrzałego i ociekającego słodyczą.
Miałem go teraz w tym winie, choć sam trunek był zdecydowanie wytrawny, o dobrej, nienachalnej, ale i nie nazbyt przytłumionej kwasowości. Chwilami ananas znikał i pojawiała się na moment inna nuta, trudna do uchwycenia – ciepła otulająca wanilia, zapewne pochodząca z dębiny, choć nie dam głowy, czy te wino widziało kiedykolwiek dębową beczkę; a po chwili coś zupełnie nietypowego – mleko lub masło, ale ta sekunda, czy dwie, to zbyt mało, by móc być czegoś pewnym.
Wina z Chile pojawiają się u mnie jakoś ostatnio mimowolne, zupełnie przypadkiem, niedawno pisałem przecież także o Turi, ale cabernecie, a czeka już carmenere z Maipo, ale o nim dopiero za kilka dni.
Turi Chardonnay,
Chile, Central Valley,
prod. Leyda
4/6


