3 miesiące temu

Tygodnik #02

Za oknem słyszę głosy bawiących się dzieci. Przypatruję się tej grupce 9-11-latków, niczym badacz obserwujący przedstawicieli gatunku, który otarł się o wymarcie.

Dzieci uliczne. A więc jednak jeszcze istnieją. Powróciły z dalekiej podróży, z ciepłych krajów rodzicielskiej opieki i szlaków wytyczonych prostą pewną linią.
Trwonią swój dziecięcy czas w ujmujący sposób. Bawią się w chowanego, przekrzykują, snują się w pobliżu domu.

Zakres ich terytorium wydaje się, w porównaniu z czasami mojego dzieciństwa, nieco ograniczony – nie oddalają się na więcej niż sto metrów od wejścia do klatki schodowej, jakby nie potrafiły przekroczyć jakiejś niewidzialnej bariery – są jednak, jak my kiedyś, ruchliwe, rozedrgane, znudzone i zafascynowane równocześnie. Wykonują mnóstwo zbędnych ruchów, które stracą sens dopiero za kilka lat.

W chwilach przerwy sycę się więc ich obecnością i próbuję przypomnieć sobie, o co chodziło w tym całym „pobite gary”, które wysoką tonacją wpada mi do mieszkania przez okno i upada na podłogę.

Patrzę na nie z pewnym zadziwieniem, nie są bowiem przyklejone do ekranów smartfonów, a ich rodzice są gdzieś ukryci i nie ma śladu ich obecności.

I gdy tak siedzą okrakiem na ciepłym asfalcie i zapełniają z zapałem jeszcze nigdy nie kończący się czas, ogarnia mnie kojące poczucie niezmienności – oto tacy zawsze byliśmy i wciąż jesteśmy, identyczni w swojej istocie, niezależnie od miejsca i czasu, w jakim żyjemy.

***

Rozbuchana wiosna bierze swoje ofiary i tym razem padło na moją niewielką różę w doniczce. Nachylam się nad nią, obskubując pożółkłe liście, próbując spojrzeć w twarz małym istotkom, które od czasu, gdy się tylko ociepliło, z zapałem wysysają z rośliny wszystkie soki.

Z mojej perspektywy są tylko drobnymi punkcikami, które przesuwają się po liściach, zarzucając tu i ówdzie mglistymi nitkami pajęczyn. Zadomowiły się na dobre, złożyły jajeczka – czarne kamyczki przylepione do zieleni – z których niebawem wylęgną się nowe pokolenia.

Przechodziłem to już kilka razy. Za każdym razem podejmując walkę, stosując przeróżne sztuczki, łącznie z tymi, w których więcej magii niż racjonalności, jak posypywanie ziemi popiołem ze spalonego papierosa.

Tym razem nie mam już w sobie wystarczających pokładów energii, by podjąć wyzwanie. Ładuję całą roślinę do plastikowego worka, wraz z tą całą miniaturową ferajną, która jeszcze nie zauważyła, że zapadł na nią wyrok zesłania do śmietnika.
Parapet zrobił się trochę pusty, każda wiosna ma swoją cenę.

***

Coroczne spotkanie na rozdaniu Travelerów, nagród przyznawanych przez redakcję National Geographic Traveler Polska.

A. w nowej roli, M. również, już trochę z boku, będąc tylko gościem.

Tę ciepłą noc spędzam wraz z ludźmi tworzącymi trzon redakcji, i z osobami, których dawno nie widziałem lub widzę dopiero pierwszy raz. Pijemy dużo hiszpańskiego wina, a wszyscy – odziani w elegancką czerń – wyglądają ładnie i młodo, jakby jakimś zrządzeniem losu udało się im w tym roku wstrzymać upływ czasu.

***

Na koncercie z okazji 500-lecia reformacji Krzysztof Zanussi zdradza, że nie zgadza się z poglądem, że o gustach się nie dyskutuje. Rzeczywistość jest dużo prostsza: gust się ma lub się go nie ma. A jeżeli się nie ma, trzeba pracować nad tym, by go zdobyć.

Mówi to w odniesieniu do koncertu na dwoje skrzypiec Bacha, który zaraz ma wybrzmieć. Jeżeli komuś się on nie podoba, to niechybny znak, że musi zacząć nad sobą pracować.

Pomyślałem, że być może Zanussi ma rację, ale trzeba być Zanussim, by móc to dziś otwarcie powiedzieć i nie zostać zmiecionym w pył.
Później okazuje się jednak, że porywa mnie bardziej 5. Symfonia Bacha, która zresztą była ponoć pierwszą i której sam Bach nie lubił. Niemniej to dobry wieczór.

***

Na początku roku zmieniłem nazwę bloga na „Homo viator”. Człowiek w drodze. Jakimś dziwnym przypadkiem, od tej chwili jestem w ciągłym ruchu. Cypr, Dubaj, Ukraina, Mołdawia, za moment Lizbona. Polska. Będzie jeszcze Paryż, może Berlin, kto wie, co więcej. Karty pokładowe w telefonie zaczynają nachodzić na siebie, wpadając w rozedrgany chaos.

Jakby słowa mogły stwarzać rzeczywistość. Wystarczyło je nakreślić lub wypowiedzieć w odpowiednim momencie.

Tekst: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *