4 tygodnie temu

Tygodnik (03)

W Lizbonie czas nieco zwolnił, a dźwięki, zapachy i barwy nabrały nagle wyrazistości. Wypełniły każdą chwilę, zostawiając powoli – ale zapewne już na zawsze – ślad wryty w moją głowę.

W tym mieście wszystko zdaje się płynąć odpowiednim rytmem i nabierać sensu, dając wytchnienie znękanym uczuciom i poszarganym emocjom. Być może to przypadek, być może kwestia chwili, a może bliskość innych osób, ale coś sprawia – bądź sprawiło akurat tym razem – że płuca z łatwością wypełniały się rześkim oceanicznym powietrzem, a skorupa otaczająca człowieka miękła i opadała niczym wysuszony piach.

O tej porze roku miasto tonie w fioletowym obłoku kwiatów jacarandy. Chodzenie pomiędzy tymi drzewami napawa spokojem, czystą radością, i jest to w sumie dość zaskakujące.

Na placu Rossio, a właściwie przy przylepionej do niego uliczce Largo de Sao Domingos, można od rana wypić kieliszek ginjinhi – mocnej wiśniówki, dość słodkiej i pełnej obietnic, w której pływa jeden lub kilka owoców. Ich pestki można później toczyć przez długie minuty na języku.

Ginjinha, czyli lizboński sposób na niezły początek dnia / fot. M.Głombiowski
Jeden kieliszek lizbońskie wiśniówki – 1.4 euro / fot. M. Głombiowski

Malutkie kieliszki lepią się od alkoholu, a barman nalewa napój wprost z karafki uchylając na moment pękaty korek. To całkiem niezły sposób na rozpoczęcie dnia, później pozostaje już tylko powolne przemieszczenie się w stronę Praça do Comércio i zajście na lunch do Cafe Martinho da Arcada, miejsca które wybrał sobie za drugi dom Fernando Pessoa. Jego stolik, w głębi lokalu, z dala od okna, stoi dziś nieużywany, odgrodzony od reszty, jakby czekał – na próżno – na powrót swojego właściciela.

Ulubiony stolik Fernando Pessoi – i duch poety gdzieś w pobliżu / fot. M. Głombiowski

Każda podróż pozostawia w mojej głowie mnóstwo okruchów, drobnych zdarzeń, do których mogę później wielokrotnie wracać. Tym razem ich natężanie okazało się jednak zadziwiające nawet dla mnie. Nie znam do końca tego przyczyny, choć mogę mieć tu pewne podejrzenia.

W każdym razie, moje ciało wyszło na spotkanie temu miastu i ludziom, którzy byli gdzieś blisko lub nieco dalej. Wyostrzyło zmysły, wytężyło uważność, chłonęło każdą sekundę jak spragniona gąbka. Uspokoiło się, przestało walczyć i poddało płynącemu nurtowi. Okazało się to zadziwiająco cennym doświadczeniem.

Nawet dość sztywny koncert fado – w teatrze nastawionym na przybyszów z innych krajów – nie zburzył mojego spokoju i poczucia bycia na właściwym miejscu. Nie przeszkodził w tym nawet wściekły atak siedzącego rząd przed nami Francuza, którego spokój zakłócił dźwięk migawki mojego aparatu.

Fado zawsze było mi dość obce, ale swoim dziennikarskim instynktem czuję w nim temat, który potrafi powiedzieć o Portugalii wszystko, co trzeba o niej wiedzieć. To jednak sprawa wymagająca minimum wielomiesięcznej pracy, zanurzenia się po uszy, a być może i zgody na to, by te dźwięki dwóch gitar (jednej dwunastostrunowej) przebiły się w końcu do twojego środka i wyrwały ci duszę.

Do tego daleka droga, ale odsłuchanie dzień później pieśni Ana Moury w portugalskim muzeum fado wprowadziło mnie w trwale dobry nastrój, choć nie wiem na ile to sprawa samej Any, a na ile ciepłego, lekko drzewnego zapachu, który na kilka minut niespodziewanie mnie otoczył.

A więc jednak wszystko podlega nieustannej zmianie, wciąż pojawia się coś nowego, czym można się zachwycić…

Późnym wieczorem, gdy wyszliśmy z białym winem warto płynącym przez żyły z restauracji Casa do Leão – na samym szczycie zamkowego wzgórza, z widokiem na Lizbonę poniżej – w niebo wystrzeliły niespodziewanie sztuczne ognie, z zupełnie nieznanego nam powodu i nie mającego nic z nami wspólnego, ale były jednym z wielu elementów układanki, która nagle – ku mojemu zdziwieniu – zaczęła tworzyć całość.

To był piękny widok, choć przez chwilę pomyślałem, że mój zachwyt nad nim oznacza, że jednak chyba się już starzeję. Przez ten krótki moment i później, gdy poszliśmy uliczkami Alfamy w kierunku przystani promowej, byłem jednak szczęśliwy, a przecież szczęście nigdy nie jest stanem stałym, pojawia się czasem i na niezbyt długo, trzeba więc doceniać, gdy się zjawia.

Ciepłe długie noce spędzone na kamiennej ławce, skorupki krewetek pękające pod palcami, zielony kolor, delikatny zapach jacarandy. Smolista kawa na języku, mineralny smak białego wina, krople deszczu opadające na skórę. Otulające ciało tylne siedzenie w samochodzie. Kolejne butelki wody. Smukła sylwetka mostu „San Francisco”, obraz Boscha tuż przed oczyma, wesołe oczy João, naszego kierowcy. Chłód powoli rozgrzewających się dłoni…

Co z tego pozostanie? Co zblaknie i wyślizgnie się z rąk? Jeszcze tego nie wiem. Jeszcze nie wiem, które nici uda mi się jakoś utrzymać, ale przecież zawsze można chociaż próbować.

Tekst: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Categories Tygodnik WszystkieTags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *