2 miesiące temu

Tygodnik #06

Do sprzedania: dziecięce buciki, nigdy nie używane

Najkrótsze opowiadanie świata. Być może też jedno ze smutniejszych.

Przypisuje się je Ernestowi Hemingwayowi, który ponoć założył się z kumplami o 10 dolców od każdego, że zdoła napisać opowiadanie mające sześć słów (w wersji angielskiej). Prawdopodobnie jest to tylko legenda, bądź Ernest widział po prostu podobnej treści ogłoszenie w prasie i swoim pisarskim nosem wyczuł, że to już jest w zasadzie literatura, a nie anons i postanowił na tym trochę zarobić. Nie jest więc jego autorem.

To jednak, na dobrą sprawę, nie ma większego znaczenia.

Przypomniałem sobie o tym tekście, rozmawiając jakiś czas temu o sile oddziaływania beletrystyki i reportażu. Co działa bardziej? 

Na co dzień zajmuję się dziennikarstwem, a więc czymś w swojej najczystszej postaci dalekim od beletrystyki. Większość osób kojarzy mnie z non-fiction, zakładając, że na co dzień płynę przez setki stron opowieści o świecie.

Prawda jest taka, że żaden reportaż – choć je cenię – nie wywarł na mnie i na moim życiu takiego znaczenia jak tekst wymyślony przez autora. Zmuszony więc do wyboru – fiction/non-fiction, odpowiedziałbym: fiction.

***

Niemal każdego dnia słyszę gdzieś niedaleko bezlitosny jazgot kosiarek. Od samego rana porządkują świat, nad którym – jak nam się wydaje – panujemy.

Pod obracającą się w zawrotnym tempie sztywną żyłką padają wysokie trawy, dzikie zboża, chabry. Miasto zamienia się w gładkie połacie wyschniętych trawników pozbawionych życia i animuszu.

W tym nieustanych koszeniu, kompulsywnym i agresywnym, kryje się zapewne jakaś nadzieja na to, że wszystko możemy trzymać w ryzach. Co jest oczywiście tylko złudzeniem.

Z jakiś względów niedaleko mojego domu ostał się szeroki nieruszony przez nikogo trójkąt zieleni. Prawdopodobnie teren należy do innego właściciela, który ma jakieś powody, by nie zbliżać się do kosiarki.

Trawy sięgają tam już pół metra. Gdy wieje, poruszają się szeroką falą. Czasem ukradkiem zanurzam w nie dłonie.

***

Jako członek jednej z najbardziej pozbawionej znaczenia mniejszości w naszych zmotoryzowanych czasach  – pieszych – mogę z całą pewnością stwierdzić, że nasza planeta nie jest niebezpiecznym miejscem. W rzeczywistości spotykam się z bardzo miłymi ludźmi. Niewielu z nich mówi moim językiem. Prawie nikt nie wygląda jak ja. Jednak w ciągu ostatnich 1567 dni mojej pieszej wędrówki tak wielu obcych pomogło mi zachować zdrowie i życie. To skłania mnie oczywiście do ciepłych uczuć wobec nich. Przypuszczam, że czyni mnie to ksenofilem.

– pisze Paul Salopek w tekście dla New York Timesa. Dziennikarz National Geographic, wędrujący od kilku lat pieszo śladem pradawnej migracji ludzi, używa tu pojęcia kseonofilia, przeciwstawnego do ksenofobia. Słowa łączącego starożytne „xenos” – obcy – ze słowem „przyciąganie”.

To ważny tekst pisany z niespotykanej dziś perspektywy: człowieka, który od ponad 1500 dni uparcie idzie przed siebie, widząc świat z bardzo bliska. Jaki to daleki obraz od tego, który widzimy w dzisiejszych mediach.

Jakże ważny.

Tekst: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *