3 miesiące temu

Tygodnik #09

Organiczne proseco szło nam opornie, bo nikt z nas za nim nie przepada, ale w ciemności, która nagle zapadła nie miało to już specjalnego znaczenia.

Szukam odpowiedzi na pytanie, jak pisać o winie. Jak wyjść poza powtarzające się suche opisy, nużącą technologię, nie grzęznąc jednak w zdaniach, które mogą być porywające, ale często kryją jednak zwykły brak wiedzy? To poszukiwanie sprawia, że blogowy dział Kęs wina pogrążył się ostatnio w stagnacji.

Marek Bieńczyk dawno odkrył, że w winie ważna jest opowieść, dobrze narysowane postacie oraz szczypta samego siebie. Pamiętam do dziś jego tekst o winach z Doliny Rodanu publikowany w Tygodniku Powszechnym i postać właściciela winnicy, który nieustannie ćmił papierosa.

W świecie poszukującym szybkich odpowiedzi i treściwych porad, taki język trafia jednak w próżnię. Nie podpowie, czy wino z Lidla bądź Biedronki jest warte kupienia, albo czy jego cena jest rozsądna. Zostawi ci za to w głowie obraz palącego się papierosa i poczucie, że dotknąłeś na moment świata, do którego być może chciałbyś wejść.

Myślałem o tym w piątek, w długą noc, która spłynęła winnym potokiem. Niewiele wiem o wypitych wtedy trunkach. Były jedynie częścią tworzącą całość, paroma zdaniami w długiej opowieści. 

Sauvignon Blanc z Francji. Dość rześki, dobrze schłodzony, nieczyniący przykrości, ale też nie zostający w pamięci. Drewniane ławy, lepiący się stół, morskie powietrze osiadające na włosach. Zieleń, tuż przede mną. Pieczona makrela. Początek.

Trochę później był koc w kratę na piachu i chrapliwy wrzask mew. Wino ze szczepu silvanske zelene przybyło nad to nasze polskie morze wprost z winnicy Michala Bažalíka na Słowacji, kusząc piękną etykietką i jasnym, lekko złocistym kolorem.

R. pokazała mi w telefonie kilka zdjęć Bažalíka i stało się jasne, że jest on tym typem człowieka, który żyje właśnie po to, by robić wina i czerpać z tego sporo szczęścia. Trunki od takich ludzi zawsze smakują wyjątkowo, jakby zaklęli w nich całą uwagę i troskę, z którą pochylają się nad swoim życiem. Mocny bukiet tropikalnych owoców wymieszał się z zapachem piachu i wilgocią płynącą znad morza. Wieczór toczył się już swoim swobodnym rytmem.

Organiczne proseco szło nam opornie, bo nikt z nas za nim nie przepada, ale w ciemności, która nagle zapadła nie miało to specjalnego znaczenia. Krajobraz stracił kanty i chropowatości, stał się zlepkiem ciemnych kształtów, mrocznej płachty Bałtyku i drobinek gwiazd rozsianych nad głowami. Nie spieszyło nam się.

Słuchałem, jak R. i A. przeplatają swoje opowieści, uzupełniając je nieświadomie o szczegóły w sposób, w jaki robią to jedynie osoby, które znają się od urodzenia. To było jak uniesienie kotary, dzięki któremu przez moment mogłem zajrzeć z oddali w ich życie.

Później, na tę niemal opustoszałą plażę, nad którą zawisła połówka księżyca, a temperatura uparcie nurkowała, przyszedł lis. Krążył wokół, zataczając coraz ciaśniejsze koła, jakby chciał sprawdzić kim jesteśmy.  Pobiegł lekkim truchtem swoją plażową trasą, by za jakiś czas znów powrócić. Zburzył na moment realność wszystkiego, co nas otaczało i pomyślałem, że to jednak nie jest takie częste – pić wino na plaży i patrzeć jak tuż obok ciebie wyłania się z ciemności smukły lis.

Trzymając się Włoch, dorzuciliśmy jeszcze Chianti kupione tuż przez zamknięciem Żabki, esencjonalne i gęste, mocno przybeczkowane, którego etykietki nawet już nie pamiętam, bo przestałem się nią interesować. Przyniesione prosto ze sklepu było oczywiście za ciepłe.

Są jednak takie momenty, gdy temperatura trunku i wiedza o nim tracą znaczenie. Zamiast producenta, szczepów, niuansów bukietu wino staje się po prostu ognikami papierosów tańczącymi w mroku. Ziarenkami piasku na języku, szmerem morza. Chłodem krążącej między dłońmi butelki. Stopami skrytymi pod kocem: cienką płachetką materiału dającą ciepło i poczucie, że tam – pod nią – świat jest bezpieczny i przyjazny, a wszystko tak proste.

Gdy później szedłem opustoszałą ulicą do domu, spomiędzy pogrążonych we śnie domów wychynął znów on – rudy wysłannik innego świata. Przebiegł kilkanaście metrów ode mnie. Stanął na moment patrząc mi w oczy, jakby chciał powiedzieć: tak przyjacielu, to wszystko zdarzyło się naprawdę, mimo, że teraz zdaje ci się, że niekoniecznie, ale wszystko co zapamiętałeś, wypiłeś i poczułeś miało miejsce, a ja byłem tego częścią i świadkiem. Pobiegł pomiędzy sosny w stronę plaży.

Te cztery wypite wspólnie wina to właśnie setki takich malutkich szczegółów. Można je pamiętać długo lub nieco krócej. Ale to przecież tylko moja – bądź naszej trójki – historia, a dla każdego innego będzie ona nieco odmienna. Wciąż więc szukam sposobu, jak najlepiej pisać o winach.

Tekst: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

One Thought on “Tygodnik #09”