3 tygodnie temu

Tygodnik #10

Kilka godzin oczekiwania na to, by wyszło czterech gości i ogłuszającymi dźwiękami zmiotło cię na moment z ziemi.

Nie było już tego, co zdarzyło się niemal równe dwadzieścia lat temu, bo być już nie mogło.

Wtedy, w młodzieńczym zapale i po spaleniu z kumplami kilku skrętów, dźwięki muzyki wryły mi się na zawsze w głowę. Gigantyczny ekran rozciągnięty w poprzek Służewca migotał mi pod powiekami jeszcze przed długie tygodnie. 

Warsawa, Warsawa… krzyczał hipnotycznie Bono, wkraczając na scenę, a tłum, witający po raz pierwszy U2 w Polsce, był rozedrgany, pobudzony i absolutnie szczery. Dla mnie, który nie miałem wtedy jeszcze nawet dwudziestki na karku, było to przeżycie ekstatyczne. Jego echo dudniło później w moim ciele przez nocną podróż do domu na korytarzu zapyziałego wagonu PKP. Wciąż jeszcze pamiętam ciepły sierpniowy wiatr, wpadający przez jego uchylone okno.

Teraz nie mogło być już tak samo. Przez ten czas byłem na wielu koncertach, stałem się starszy, a to, co było niegdyś świeże i nowe, stało się znane i oczywiste. 

Jeden dzień przerwy w krążeniu pieszo po całym Paryżu na koncert grupy, która jest w jakimś stopniu obecna w moim życiu od szóstej klasy podstawówki pozwolił mi jednak nabrać dystansu do miasta, które potrafi błyskawicznie zawładnąć całym tobą.

Okazało się, że choć jest inaczej, wciąż jest dobrze.

Znany mi schemat: kolejki pod bramami na stadion, kilka godzin spędzonych w towarzystwie ludzi, którzy na moment stają ci się bliscy, choć nie zobaczysz ich już nigdy w życiu, małe cele do zrealizowania. Zajęcie miejsca w kolejce. Podjadanie kanapek. Wizyta w toalecie w starannie zaplanowanym momencie i wreszcie bieg pod scenę, tak by zająć najlepsze miejsca. A później kilka godzin oczekiwania, na to by wyszło czterech gości i ogłuszającymi dźwiękami zmiotło cię na moment z ziemi.

Jedne co zmieniło się przez te lata, to setki komórek wyciągniętych nad głowami. W jakiś sposób utraciliśmy ufność do tego, co zapisane jedynie w głowie. Każdy moment życia musi być teraz zarejestrowany, puszczony w świat, przekazany dalej. 

Uciekając przed ich widokiem, gdy płynęło Where the streets…, spojrzałem w niebo nad stadionem. Na jego powoli ciemniejącej plamie latały zygzakami jerzyki i jaskółki, jakby te dudniące dźwięki zupełnie ich nie dotyczyły.

Zanim jednak dublińska czwórka wyszła na scenę, przemaszerowali przez nią techniczni strojąc instrumenty. Znam ich twarze od kilkudziesięciu lat. Widywałem ich wielokrotnie. Aż w końcu wyszedł też szef całego tego przedsięwzięcia –  producent tej i poprzednich tras, Jake Berry – i usiadł na podeście perkusji, by ogarnąć wzrokiem całość. Na nodze miał rehabilitacyjną opaskę, włosy zbielałe, a twarz przerytą bruzdami, ale wciąż tam był, tyle już lat, uparcie i niezmiennie.

Tak wiele się zmienia. Tak wiele wymyka się nam z rąk, ale to krzepiący widok: mimo zmęczenia, zharatanej duszy, niedomagań ciała i umysłu wciąż jednak jesteśmy. Upływ czasu jest tylko drobnostką, a w razie czego zawsze można przysiąść na podeście perkusji i wziąć kilka głębokich oddechów. 

To był piękny wieczór, pełen radości i prostego, zupełnie naturalnego spokoju. 

Tekst: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *