4 miesiące ago

Tygodnik #12

W Gdańsku, na Biskupiej Górce, znalazłem nieoczekiwanie zapach mojego dzieciństwa

Szliśmy pod pochmurnym niebem wzdłuż historycznego Kanału Raduni, by później przemierzać zniszczone uliczki z przytulonymi do nich równie zniszczonymi kamienicami. Większość z nich pamięta końcówkę XIX w.

Zaglądałem tu i ówdzie, ślizgając się wzrokiem po zdobionych drewnianych oknach, na których ciążył już wyrok nadchodzącej armii śnieżnobiałych ram PVC, zaglądałem do mrocznych klatek schodowych, słuchając przy tym opowieści o czasach, gdy Biskupia Górka była peryferiami Gdańska, a mieszkali tu przede wszystkim zamożni Niemcy.

Chwilę przed tym jak zaczął padać deszcz, otulił mnie nagle zapach, który znam z dziecięcych lat, z ulicy Hercena we Wrocławiu, gdzie spędzałem z rodzeństwem i kuzynem tygodnie wolne od szkoły.

Zapach starej kamienicy, wilgoci w jej zakamarkach, wyślizganego dłońmi drewna na kutej balustradzie płynącej wraz ze schodami, węgla zsypanego do piwnicy. Zapach gładkiego kamienia, którym wykładano niegdyś posadzki, gołębi przelatujących z furkotem pod ginącym w wysokiej przestrzeni sufitem, ludzi, którzy przemierzali te korytarze tak chętnie odbijające ich kroki…

Tamtej kamienicy we Wrocławiu już nie ma, nie ma też tamtego mieszkania, które tak lubiłem i które tak przyciągało mnie – chłopaka wychowanego w niskim mieszkaniu socjalistycznego bloku – niekończącą się przestrzenią, ogromem ścian, ciężkimi drewnianymi drzwiami i niekończącymi się możliwościami.

Sądziłem więc, że i nie ma też tamtego zapachu. Ten w Gdańsku okazał się jednak niemal identyczny, wysyłając mnie na moment w zupełnie inny czas. Pomyślałem o nim, jak o dobrym znajomym, którego nie miałem nadziei już spotkać.

Pomyślałem też o tym, że rzadko kiedy coś pojawia się wtedy, gdy tego oczekujemy. Tak, jakby życie wiedziało od nas lepiej i nie potrzebowało naszych wskazówek, by pewnie podążać swoimi własnymi ścieżkami. 

Ileż bowiem w tej naszej codzienności przypadków, nieprzewidzianych zdarzeń, które potrafią nagle odmienić niemal wszystko. Niespodziewanych spotkań, mało prawdopodobnych chwil, które zostają w pamięci i nigdy już z niej nie wychodzą, nieplanowanych wyjazdów, przypadkowych spojrzeń… Życie jest w dużej mierze sumą przypadków, z których wynika czasem coś więcej, a czasem niewiele więcej niż mgliste wspomnienie.

***

Przez lato najczęstszym wpisywanym w googla hasłem prowadzącym na ten blog okazało się “stilo plaża”, co wywindowało wpis sprzed jakiegoś już czasu w górę statystyk. 

To tylko jeden z przykładów, że moja praca to nieustanne balansowanie na linie. Opowiadam o miejscach, powtarzam zasłyszane historie, opisuję. W zawód dziennikarza wpisane jest ukazywanie. Czasem możesz sprawić – może nie samodzielnie – że pewne miejsca staną się popularne. Przyciągną ludzi. I zmienią się.

Stilo, zwane też Osetnikiem, było jeszcze do niedawna jednym z dzikszych miejsc naszego obleganego przez turystów wybrzeża. Lubiłem tamtą plażę, lubiłem żelazną latarnię i drogę przez las, którą trzeba przebyć, idąc do morza.

Nie byłem tam już jakiś czas i nie wiem, czy wciąż jeszcze je lubię. Napisałem o tym miejscu kilka artykułów do różnych gazet. Wspominałem o nim w paru przewodnikach. Pisałem na blogu. Za każdym razem mając wyrzuty sumienia, że zdanie po zdaniu, słowo po słowie dorzucam drobne kamyczki do fali zmian, która w końcu ruszy i zmiecie  wszystko.

Turystyka i podróże nie są tak niewinne, jak się czasem wydaje. Pisanie o nich również.

Trochę się boję pojechać znów do Stilo i sprawdzić, co w nim zostało ze świata, który znałem.

***

Na Facebooku wspominałem kilka dni temu o tym, jak z upływem dziesięcioleci może zmienić się pojęcie szybkości i powolności i o tym, że 150 lat temu pociągi w Indiach uchodziły za demona prędkości, a dziś podróż nimi to wstrzymanie świata. 

Pomyślałem jednak, że to samo dotyczy dystansu. Przestrzeni, którą musisz lub chciałbyś pokonać. I ona jest czymś niestałym, zmiennym, potrafiącym z nami igrać. Czasem trudniej przebyć kilkanaście kilometrów niż kilkaset, a kiedy indziej znów ich kilka tysięcy potrafi być już oceanem, w którym można po drodze utopić niemal wszystko.

Blisko – daleko. Czy to na pewno o odległość chodzi?

Written by Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.
 
Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za “najlepszą książkę podróżniczą 2013”. W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: “Zaklęcie podróżne – Kreta od kuchni”, będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *