2 miesiące temu

Tygodnik #13

„Przychodzi tęsknota za tym, żeby powolność się zdarzała jako nieprzewidziane dobrodziejstwo, a nie zaplanowane wydarzenie”.

Niezastąpiony Marek Bieńczyk w tekście dla Dwutygodnika pisze o uważności. Temat zawsze zwraca moją uwagę. Brak pośpiechu jest mi bowiem szczególnie bliski w podróżowaniu. Skupienie na detalach i uważne obserwowanie rzeczywistości każdą podróż (ale i pewnie każdy dzień życia) potrafią wynieść na zupełnie inny poziom.

Równocześnie jednak trudno nie dostrzec, że ta – jak pisze Bieńczyk – „chwalebna uważność” może przybierać czasem karykaturalny wymiar, a rynek szybko przekuł rodzącą się na nią modę w brzęczące monety.

Mamy tendencje do traktowania wszystkiego jako zadania do wykonania, projektu, oczekujemy podpowiedzi, kupujemy poradniki. Tymczasem, to droga, która nigdy się nie kończy, nie ma jasno określonego celu. Nie da się dojść do punktu, w którym możemy powiedzieć, że się udało: jestem już uważny i mogę się zająć czymś innym. Powolność, jak i uważność muszą się po prostu przydarzać. Niemal same z siebie, w sposób naturalny, a całą sztuką jest dostrzeżenie ich obecności.

Dzisiaj, gdy powolność jest w cenie i staje się „projektem”, a także modnym, niekiedy wręcz luksusowym towarem, który można sprzedawać dla zarobku, jej charakter klasowy przemieścił się w sfery zamożne; o powolność trzeba się starać, ale też można ją kupować (…). Na przykład wraz z rozwojem turystyki kulinarnej, eksplozją na fali slow foodu autorskich restauracji i menu degustacyjnych, których spożycie zajmuje kilka bitych godzin, narodził się nowy rodzaj gourmet, smakoszy powolności, wędrujących po jej wypucowanych świątyniach. Obserwuję ich niekiedy; ukształtowali nowy rodzaj gestów, zawieszanie widelca w powietrzu, bardzo długie przeżuwanie, gdy usta zdają się czegoś szukać w kęsie, ukrytej perły czy ziarna smaku, staranne obwąchiwanie łyżki, pochylanie się nad talerzem i głębokie inhalacje rodem z uzdrowisk. Stoją za nimi chwalebna uważność (…), lecz trudno nie poczuć lekkiej irytacji, jaką budzi celebracja, rytuał czy działanie pełne namaszczenia. Przychodzi tęsknota za tym, żeby powolność się zdarzała jako nieprzewidziane dobrodziejstwo, a nie zaplanowane wydarzenie.

Marek Bieńczyk

***

Zawód dziennikarza piszącego o podróżach gwarantuje ciekawe, pełne doznań życie. Jeżeli jednak sądzicie, że jest ono nieustannym pasmem fajerwerków, jesteście w błędzie. To linia kreśląca sinusoidę. Pomiędzy wyjazdami i ich planowaniem oraz pomiędzy leniwymi okresami, w których można snuć się po domu i pozwalać myślom płynąć swobodnie, zdarzają się długie okresy przykucia do komputera i tworzenia tysięcy znaków, setek słów.

I to bywa pasjonujące, ale równie często jest po prostu wysiłkiem, któremu trzeba sprostać. Całe twoje życie zostaje wtedy zredukowane do pozycji siedzącej. Do pleców przylepionych do oparcia krzesła i – jeżeli masz trochę szczęścia – spojrzeń w otwartą przestrzeń za oknem. Poniedziałek, wtorek, czwartek… Ciągnące się dni, niemal identyczne, podczas których niemal każdy wokół zdaje się mieć ciekawsze życie niż ty.

A później znów bierzesz swój bagaż i lecisz do Tajlandii.

***

By oderwać się od migoczącego pod powiekami ekranu komputera, wieczorami myślę o tym, że można wsiąść w samochód i przemierzać z włączonym radiem opustoszałe ulice. Przejeżdżać pod mrugającymi w równym tempie żółtymi światłami na skrzyżowaniach, na których nikogo już nie ma. Zignorować czerwone światło. Skręcić w prawo i jechać po prostu przed siebie, otulonym dźwiękami klawiszy i matowym głosem Muńka Staszczyka lub ochrypłym wokalem Toma Waitsa. Widzę tę trasę w każdym szczególe i odtwarzam ją z poczuciem ciepła rozlewającego się po ciele.

Samochód jest mikroświatem, w którym wszystko jest możliwe. Czujesz się w nim trochę nierealnie, ale bezpiecznie. W każdej chwili możesz podjąć decyzję o tym, gdzie chcesz jechać. To twoja własna przestrzeń.

Podróżowanie autem jest zdecydowanie jednym z przyjemniejszych sposobów przemieszczania się. Nie zmieni tego nawet ślad węglowy i inne straszne rzeczy, które zostawia za sobą. 

Przemierzanie w tej metalowej puszce dalekich dróg lub ulic swego miasta – późną nocą, gdy świat już powoli zasypia – jest hipnotyzujące. Gdy dojeżdżasz do domu, podnosisz pilotem szlaban i wjeżdżasz na parking, a piosenka w radiu kończy się dokładnie w tym momencie, czujesz żal, że to już koniec, ale też kojącą radość, że znów jesteś u siebie. 

Tekst: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *