Nigdy nie będziesz żył ze mną spokojnie, uprzedzam cię. Bo nie chcę, żebyś zmęczył się mną, przywykł do mnie. I chociaż pobierzemy się, żeby wyrobić mi papiery, nigdy nie będę twoją żoną. Chcę zawsze być twoją kochanką, twoją dziwką. Jak tej nocy. Bo tylko wtedy będziesz mnie kochał do szaleństwa

– szepcze do ucha Ricardo Chilijeczka w książce Llosy Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki.

Historia o przeznaczeniu. Losie, którego nie możesz uniknąć, spotykając kogoś na swojej drodze. Ricardo – który tak naprawdę jest alter ego Vargasa Llosy – poznaje w dzieciństwie dwie koleżanki. Jedna z nich będzie pojawiać się w jego życiu przez następne 50 lat. Wprowadzając chaos, cierpienie i rozkosz. Stając się jego opętaniem i przeznaczeniem. 

To opowieść o mężczyźnie, który znosi cierpliwie wybryki swojej femme fatale. Jej egoizm, zapatrzenie w bogactwo, emocjonalne rozedrganie. Pojawianie się i znikanie. Niezdecydowanie. Zachłanność na życie. Który topi się, widząc jej oczy. Jakby wiedział, że nie ma innego wyjścia niż być i czekać. Jego życie zostało już naznaczone.

Ta pełna zmysłowości opowieść napisana jest niemal reporterskim stylem. Mało latynoskim. Llosa zredukował tę historię do rysowanych oszczędnie obrazów, wzmacniając w ten sposób siłę jej oddziaływania. 

To jedna z tych książek, których nie planowałem akurat teraz czytać. Wyszła kilka lat temu, znikając przez ten czas w odmętach nieustannie zadrukowywanego papieru. Zapomniałem o niej, aż nagle trafiła do moich rąk trochę przypadkiem. Zakładając, oczywiście, że w życiu są w ogóle jakieś przypadki.

Przeczytałem w trzy wieczory.

*** 

(…) podróż wyostrza zmysły. Inne smaki, inne dźwięki, inna architektura, inni ludzie, i ta inność sprawia, że wszystko wydaje się bardzo ciekawe. Jestem non stop nakręcony i kiedy wracam do Polski, przez pewien czas oglądam ją tymi nakręconymi oczami. I wtedy dostrzegam w niej dużo więcej detali, niż gdybym obcował z nią na co dzień. 

[wyjeżdżając] jesteśmy w innym świecie. Stosunkowo mało zwiedzamy. Głupio jest nie zaliczyć największych atrakcji, ale nie gonimy za nimi. Raczej szukamy miejsc, gdzie jest nam po prostu dobrze, czy to ze względu na pejzaż, towarzystwo czy inne wrażenia. Bywamy wzruszeni – jak w Konso w Etiopii, u niewidomej matki rozbrykanego synka, tak biednej, że chcąc nas ugościć pożyczyła garstkę  kruszonych gałązek, gdyż liście herbaty są zbyt drogie. Bywamy zdumieni, słuchają opowieści, jak w boliwijskim Chulumani, do którego zawitali po wojnie Żydzi szukający schronienia, nie wiedząc, że właśnie tam schronili się niemieccy naziści. Nie zapomnę też naszej ostatniej wyprawy do Meksyku, gdzie popłakałem się ze śmiechu w gejowskim klubie dla kowboi.

– mówi w rozmowie drukowanej w Wyborczej Ryszard Kaja, malarz, grafik i scenograf, autor cyklu “plakatów turystycznych”.

Lubię słuchać, jak ludzie nie związani zawodowo z podróżowaniem opowiadają o potrzebie przemieszczania się. O tym, czym ona dla nich jest.

Kaja chwyta ważny aspekt podróżowania. Bo przecież – w dużej mierze – w podróżowaniu chodzi o nas samych. I o przenikliwość, która staje się nagle naszym udziałem.

Przez najbliższe trzy tygodnie będę przemierzał Kaukaz Północny,  ukazywanie się Tygodnika siłą rzeczy zostanie zapewne na ten czas zawieszone – nie liczę na łatwy dostęp do sieci w rosyjskich górach. 

Powróci jednak w swoim czasie.