Od ludzi, którzy nas otaczają, zależy to, kim się stajemy.

W wysłużonym Land Roverze Discovery, którym przemierzaliśmy przez ostatnie tygodnie kaukaskie góry była nas czwórka. Za nami jechało kilka samochodów, z którymi łączyła nas nić trzeszczących, metalicznych dźwięków cb-radia, czułem jednak, że byliśmy naszym pojazdem autonomiczną jednostką, samowystarczalną i zdaną na siebie. To było przyjemne uczucie.

O samym Kaukazie napiszę tu wkrótce. Nie w Tygodniku, lecz pewnie w którymś z działów z dłuższymi tekstami.

Te kilkanaście dni spędzonych razem w blaszanym pudełku przebijającym się dzielnie przez rosyjskie wertepy i wspinającym się do miejsc, których piękno wsiąka w człowieka każdym porem skóry, zbliżyło nas do siebie w sposób naturalny.

Po jakimś czasie stanowiliśmy już zgraną kompanię, obdzielającą się nawzajem szyderczymi dowcipami, milczącą wspólnie przy rozbrzmiewającej w głośnikach muzyce, snującą leniwe opowieści o tych wszystkich niezwykle skomplikowanych sprawach, jakie przydarzają się w życiu i wyjadającą sobie nawzajem czipsy i czekoladę. Gadaliśmy też o religii, przyszłości, kreacjonizmie i śmierci. Czasem kłóciliśmy się zajadle i potem musieliśmy milczeć, bojąc się, że ten nasz tymczasowy dom rozpadnie się na drobne kawałki.

Umieraliśmy ze śmiechu, patrzyliśmy na ogrom gór za oknami, a wieczorem, w chłodzie sosnowego lasu smażyliśmy razem naleśniki i zapijaliśmy je wódką. Byliśmy weseli.

Pomyślałem wtedy, że ludzie, których masz wokół tworzą twoją tożsamość. Lepią cię od nowa lub wyciągają z ciebie cechy, o których już zapomniałeś. Stajesz się takim, jakim odbijasz się w tym, kto jest obok ciebie. Za każdym razem jesteś kimś innym. Masz kilka wersji samego siebie. Jeżeli dobrze trafisz, stajesz się nagle spokojniejszy, uradowany, bardziej szczęśliwy. Zdarzyło mi się to już w tym roku w maju, zdarzyło się i teraz, w październiku.

Na stepach Kałmucji puściliśmy 2001 Odyseję kosmiczną z audiobooka. Otulił nas ciepły głos Krystyny Czubówny i przez cały dzień płynęliśmy przez płaską przestrzeń ciągnącą się bez przeszkód po sam horyzont, czując się, jakbyśmy w osamotnieniu przemierzali świat we własnej odysei. Trzymałem dłonie w cieple rzuconej na fotel bluzy i czułem się bezpiecznie.

***

Dopiero w dzień dotarło do mnie, że ta noc już nigdy ze mnie nie wyjdzie, zostanie gdzieś tam na zawsze, choć pamiętam z niej niewiele szczegółów.

W cieple łóżka słyszałem trochę głosów śpiącego wokół świata.  Widziałem pojedyncze kształty przedmiotów w ciemności.

Nić łącząca mnie z tym, co daleko. Chwilami zanikający, a momentami klarownie czysty dźwięk. Pod koniec z coraz dłuższymi przerwami, których nie było potrzeby wypełniać, balansując już na granicy snu. Ponad sześć godzin, które płynęły leniwie i których nie chcieliśmy skrócić.

Być może trwały by dalej, gdyby świat się nie obudził. 

Written by Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.
 
Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za “najlepszą książkę podróżniczą 2013”. W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: “Zaklęcie podróżne – Kreta od kuchni”, będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *