Nie ma lepszego końca dnia, niż zasypianie z dźwiękiem fal morza wdzierającym się do uszu.

Kilka lat temu na Sri Lance zasypiałem w ogromnym przykrytym moskitierą łóżku, starając się ograniczać wszystkie ruchu tak, by nie zachęcać lepkiego tropikalnego powietrza do dodatkowego klejenia się do ciała. Za oknem, które nie miało szyby, kiwały się sylwetki wysokich palm kokosowych.

Morze było na wyciągnięcie ręki. Zmrok zapadał o siódmej i nie bardzo było już co tam robić. Najpóźniej o dziewiątej byłem więc w łóżku. Zasypiając, słyszałem fale, a później budziłem się o szóstej rano, wraz z pojawieniem się słońca i pierwszymi głosami ptaków. Fale wciąż było słychać, dokładnie tak samo jak wieczorem, jakby przez noc absolutnie nic się nie zmieniło.

Rok temu, kierując się przed długie tygodnie ku Sycylii, zdarzało mi się spać na plaży. Gdy nadciągał mrok, rzucaliśmy po prostu ten cudowny namiot, którego rozstawienie zajmuje dwie sekundy, wprost na piach i szliśmy spać. Wcześniej jechaliśmy przez południowe włoskie miasteczka, szukając znaku lungomare, obiecującego długi nadmorski pasaż. Zwykle kończył się on krzakami opuncji i tamaryszkami. Przy odrobinie chęci, korzystając z ich kurtyny zapewniającej namiastkę intymności, można było tam przenocować. Rozstawialiśmy więc namiot w zagłębieniu wydm, czując pod cienką karimatą ciepło rozgrzanego przez cały dzień piachu, miękkiego i dopasowującego się do ruchów ciała. 

Fale były tak blisko, że nie bardzo mogły być już bliżej. Gdy zamykałem oczy, miałem chwilami wrażenie, że wdzierają się do namiotu i zmyją za moment cały świat. To było dobre uczucie.

Można jednak też słuchać Bałtyku. Dźwięku szerokich niskich fal docierających w ciemności do piachu plaży. Przez otwarte okno wpływało chłodne listopadowe powietrze, ale pod kołdrą było ciepło i bezpiecznie. Orzeźwiający powiew pozwalał balansować na granicy snu, przekraczać ją i zaraz znów wracać.

Gdy się budziłem, myślałem chwilami o pięciu statkach, które stały gdzieś tam w mroku i czekały na wejście do portu. Lub o ciepłym wieczornym powietrzu i niespodziewanym deszczu, którego krople roszą ci twarz chłodnym, hipnotyzującym dotykiem. Czasem też nie myślałem zupełnie o niczym, bo nie było mi potrzeba niczego więcej niż to ciepłe łóżko, wypełniona przestrzeń pod kołdrą i bliskość dużej wody.

Potrzebuję więc morza. Nie ma bowiem nic lepszego niż wpływający do sypialni dźwięk jego fal. Nie ma lepszego sposobu na koniec dnia, niż pozwolić mu tobą zawładnąć, nawet jeżeli później nic już nie może być takie same. 

Written by Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.
 
Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za “najlepszą książkę podróżniczą 2013”. W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: “Zaklęcie podróżne – Kreta od kuchni”, będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *