Podróż po katalońskiej Hiszpanii staje się okazją, by uczynić swoje życie bogatszym

W Walencji byłem wiele lat temu, ale zupełnie o tym zapomniałem. Obraz tamtego czasu wrócił, gdy przeszliśmy łukowatą bramę i poszliśmy główną ulicą starówki, na której najwyraźniej nic się nigdy się nie zmienia. Jak mogłem zapomnieć?

Wciąż jednak pamiętałem to uczucie, gdy pokonujesz samochodem hiszpańskie drogi, sunąc przez setki kilometrów gładkim asfaltem prowadzącym cię wzdłuż wybrzeża, obok stacji Repsol, pod białymi tablicami wskazującymi ci drogę. Nie zmieniło się w niczym od czasu, gdy pierwszy raz go doznałem, całe lata temu.

Przebijaliśmy się przez świat surowych wniesień upstrzonych sztywnymi krzakami, sękatych drzew oliwnych, sadów pomarańczowych pomazanych tysiącami kulistych plam w kolorze zachodzącego słońca. Po jednej ze stron zawsze mieliśmy morze, bazaltowy pas wody, który pojawiał się nagle, gdy auto wdrapywało się na wzniesienie i brało szeroki łuk lub leciało omiatane porywistym wiatrem w dół. To kojący widok, który mam zapisany niezmywalnym już atramentem w samym środku siebie.

Do Cubelles, w którym mamy bazę, wracamy w mroku i spokoju. Mknąc lekko przed siebie. Pijemy wodę i rozmawiamy niespiesznie, bez ponaglania i celu lub decyzji, do których musielibyśmy dobrnąć. Cicho mruczy radio, a odrobina rześkiego powietrza wpływa wąską strugą przez szparę uchylonego okna. Nasze auto sunie przez ciemność, jakby było statkiem mknącym przez kosmiczną przestrzeń. Czuję się w jego wnętrzu bezpiecznie. Gdy dojeżdżamy do domu, trochę mi szkoda, że to już koniec i trzeba wysiąść.

***

Wieczorami oglądamy na komputerze filmy. Śniadanie u Tiffany’ego. Forrest Gump. Za oknem widzę smukłe pnie palm.  Ich liście ruszają się bezgłośnie na wietrze. To dobre wieczory. Długie, sięgające głębokiej nocy. Chwilami na granicy snu. Co jakiś czas robimy przerwę i wychodzimy na balkon. Powietrze jest wilgotne, a światła latarni rozpływają się w nim miękkimi plamami. Przed nami, wprost z czarnej przestrzeni napływają białe linie złamanych fal. Trudno byłoby być jeszcze bliżej morza. Później wracamy na kanapę, otuleni kocami i ciepłem, a Audrey nadal wygląda olśniewająco.

***

Picie do śniadania cavy ma w sobie coś bezwstydnego i równocześnie kuszącego. Jesteśmy jednak w Hiszpanii i przyjechaliśmy tu też po to, by po prostu uczynić ten moment własnego życia bardziej atrakcyjnym, nasyconym, pełniejszym. Startujemy późno. Możemy więc wychylić na początek dnia po kieliszku lub dwóch schłodzonego musującego wina.

Podobno, by być bogatym nie potrzeba pieniędzy, wystarczy robić to, co czyni cię bogatym.

A czy może być coś warte więcej niż sączenie cavy, zajadanie się w środku stycznia dojrzałymi truskawkami, wydłubywanie na talerz makreli w oliwie i pogryzanie dojrzałego hiszpańskiego sera? Gryzienie jędrnych oliwek. Grzenie się w plamach mocnego słońca, muskanie wzrokiem morza rozlewającego się tuż przed tobą. Wcinanie niesmacznych rogali, bo Hiszpanie nie potrafią zrobić dobrych słodyczy, ale kryjących w sobie te wszystkie dobre chęci, które sprawiły, że rano ktoś przyniósł ci je prosto z piekarni?

Nie potrafię sobie wyobrazić czegoś lepszego na ten moment, niezależnie od tego jak wielkimi pieniędzmi byś dysponował.

Written by Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *