8 miesięcy temu

Tygodnik #32

Gdy miałem kilkanaście lat, sopocki SPATiF zdawał mi się miejscem stworzonym specjalnie dla mnie.

Wchodziło się do niego – dokładnie tak, jak i dziś – po stromych stopniach biegnących w drewnianej klatce schodowej. Jeżeli udało nam się sforsować drzwi, a zwykle się udawało, wkraczaliśmy do świata zadziwiających oryginałów, a unoszący się w powietrzu duch artystycznej bohemy był czymś, co, będąc licealistą, wchłaniałem w siebie głęboko i łapczywie.

To miejsce było nieco inne niż reszta Sopotu. Obiecywało więcej. Klientela SPATiF-u – najmłodsi raczej w okolicach czterdziestki – wydawała nam się przybyszami z innej galaktyki. My – szczyle, które z uporem tu zaglądały – byliśmy w mniejszości. Traktowano nas jednak z zadziwiającym szacunkiem. Trochę po ojcowsku, ale bez spoglądania na nas z góry, przemycając po prostu gdzieniegdzie jakieś życiowe rady, z których mogliśmy równie dobrze skorzystać, jak i o nich szybko zapomnieć.

Dziś my już jesteśmy tymi gośćmi z pasmami siwizny na głowie, którym przyglądaliśmy się kiedyś z fascynacją i przerażeniem równocześnie. Więc nadal mogę uważać SPATiF za miejsce stworzone dla mnie.

Dawno tu nie byłem. Okazało się jednak, że został on dokładnie taki, jakim był kiedyś. Aż trudno mi w to uwierzyć, gdyż Sopot zmienił się całkowicie. Na jego mapie nie ma już ani jednego miejsca, które znam z czasów szkolnych. Malutkie miasto nad morzem pobiegło śladem Warszawy, której przecież nigdy nie będzie mogło dogonić. To, co sprawdza się w tętniącej życiem stolicy, niekoniecznie pasuje do Sopotu.

SPATif pozostał jednak ostoją niezmienności. Przy odrobinie uwagi da się w nim wciąż odczuć to, jakim to miasto było dekady temu. Gdy siedziałem tam wieczorem z dwoma kumplami z liceum, popijając gin z tonikiem, chwilami miałem wrażenie, że to jakaś diabelska sztuczka, nieznany mi trik łamiący prawa rządzące tym światem. Że ktoś odkrył tu zaklęcie pozwalające wyzwolić się spod dyktatu czasu.

Za barem stał pan Wojtek. Szczupły, teraz już siwy. Wciąż jednak tam był. Tak jak zawsze, od kilkudziesięciu lat. Pełen nonszalanckiej elegancji i pewności każdego ruchu. W białej koszuli, oczywiście, bo nikt nigdy nie widział go w pracy w innym stroju. Kusiło mnie, by zamówić znów tutejsze pierogi, które zawsze wydawały nam się świetne i zajadaliśmy się nimi po uszy, zanim jeszcze świat wyrzekł się glutenu i obdarzył je wyrokiem zapomnienia, uznałem jednak, że grozi to już zbyt mocnym osunięciem się w sentymentalizm.

Lekarz, urzędnik Unii Europejskiej, dziennikarz. Każdy z innym już bagażem doświadczeń. Przeżyliśmy jednak razem sporo lat szkolnych, a to przecież rzadko kiedy się rozmywa. Zostaliśmy w jakiś sposób złączeni. To miłe uczucie.

Spojrzeliśmy, oczywiście, kilka razy w komórki, małe pudełeczka o mocy, o której mogliśmy niegdyś tylko śnić, każdy z nas ma w nich coś, czego nie chce stracić. Wciąż jednak mogliśmy gadać o The Cure, piwnicy pewnego sopockiego artysty, w której kiedyś bywaliśmy, o miejscach, jakie w naszych życiach widzieliśmy.

Noc się rozwijała i lokal wypełniał się ludźmi, spośród których wciąż chyba byliśmy jeszcze najmłodsi. Patrzyłem na nich – mężczyzn w marynarkach, kobiety w długich sukniach w kwiaty lub obcisłych sukienkach z mięsistej, ciepłej tkaniny – i myślałem o tym, że wejście w ich świat jest zaskakująco proste. Wystarczy kilki ruchów, parę zdań, ściśnięć dłoni. Mogłem tam zostać przez kolejne godziny, wstać z miękkiego fotela, w który przyjemnie się zapadałem, zderzyć się wzrokiem z kimś kogo nie znam i wsunąć się w ich świat, wniknąć przez wąską szczelinę i popłynąć bez patrzenia na to, jak się to skończy.

Mam jednak kotwicę zarzuconą gdzie indziej, więc w końcu wstaliśmy. Wychodząc poczułem na ramieniu delikatne poklepywanie mężczyzny, który wpuszczał (lub nie wpuszczał) ludzi do środka. – Dzięki, dobranoc – powiedział, tak po prostu, a jego głos był cichy i przyjemny.

Schodziłem po stromych schodach, krokiem lekkim, czując się jak w domu.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *