1 miesiąc temu

Tygodnik #34

Każda wędrówka jest drogą przez samego siebie. Przez swoją przeszłość

Wybrałem się do lasu, zielonej plamy rozlanej w mieście, otoczonej trójkątem ruchliwych ulic. Żeby z niej nie wypaść zbyt szybko, musiałem kluczyć po wydeptanych ścieżkach, wdrapywać się na piaszczyste górki, nieustannie zmieniać kierunek.

Ten prześwietlony wieczornym słońcem las był jednak dokładnie taki sam, jaki pamiętam z dzieciństwa.

Miał ten sam zapach, a świeża zieleń była tak samo obiecująca i niosąca stan lekkiego uniesienia. W ten sam sposób śpiewał kos siedzący na czubku drzew. Nie znalazłem jedynie zawilców, które pamiętam z czasów, gdy łaziłem po szkole z kumplami bez celu i planów, skupiając się na odnajdywaniu małych prezentów, które miały wtedy dla nas znaczenie: porzuconych butelek po piwie, w których kotłowały się tłuste granatowe żuki; podartych kartek, z których można było wyczytać kształt czyichś zakupów, notatki do sprawdzianu lub jakieś nieodgadnione historie. Walący się szałas z gałęzi. Wymiętoszone, zgasłe już prezerwatywy, na które patrzyliśmy z ekscytacją pomieszaną z przerażeniem, widząc w nich wysłanników świata, o którym nie za dużo wtedy wiedzieliśmy, ale parliśmy do niego zwierzęcym instynktem.

Te kilkadziesiąt minut spędzonych w lesie, w którym nigdy wcześniej nie byłem, okazało się więc wędrówką przez moją przeszłość. Oknem, przez które mogłem spojrzeć na siebie, gdy byłem małym człowiekiem na początku drogi. W czasie, gdy każdy szczegół krył w sobie potencjał ważkości.

To było dość odświeżające i wróciłem do domu lekki, niosąc to wszystko w sobie. Otworzyłem drzwi i poczułem znajomy zapach, wiedząc już, że w żadnym innym miejscu nie mogłoby być mi w tym momencie lepiej.

***

Tłum prący rano do metra, autobusu, skmki był rzeką, falą zgarniającą wszystko po drodze.

Ludzkie twarze skupione, zmęczone, nieco złe. Kryjące przymus biegu. Desperacka próba utrzymania się na powierzchni. Chęć uchwycenia własnego życia, które zazwyczaj toczy się gdzieś tam, przed nimi.

Ostatnio kilka razy zdarzyło mi się wpaść w ten nurt i wyswobodzenie się z niego zawsze okazywało się wyzwaniem. Problemem czysto fizycznym. Będąc wewnątrz tej fali, nie możesz się zatrzymać. Popłynięcie pod prąd grozi z kolei zatorem i irytacją, z którą nie bardzo chcesz mierzyć się od samego rana. Pozostają więc próby odpłynięcia na brzegi. Sprytne ruchy, szybsze lub wolniejsze, które wyrzucą cię na zewnątrz.

Od dobrych 20 lat robię co mogę, by ten nurt mnie nie porwał. Z uporem pozostaję na jego obrzeżach. Płacę za to brakiem stabilizacji, niepewnością, mglistą przyszłością. Nie mieszczę się też w typowym wizerunku osoby, która odniosła sukces.

Miewam jednak to, czego tak dziś brakuje: nieco czasu. Na to, by przeczytać trzy książki i siedem artykułów tylko po to, by napisać jeden dłuższy tekst. Na to, by wetknąć nos w czyjeś włosy i poczuć ich zapach. Pojechać do jakiegoś miasta oglądać płyty ulicznych studzienek. Spędzić kwadranse na grzebaniu palcami w twardej ziemi, przycinaniu uschłych pędów i liści, sypaniu białych granulek nawozu i przemawianiu do na wpół żółtych igieł sosny, by jeszcze się nie poddawały, że to jeszcze nie czas, niech wezmą się w garść i wypełnią przestrzeń żywicznym aromatem, balsamem na wszystkie blizny i pęknięcia.

By móc to co jakiś czas robić, muszę być poza nurtem, który wpływa codziennie do metra, autobusu, kolejki. Stać obok. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale zapewne nie potrafię już inaczej.

***

W miejscu, w którym poprzednio mieszkałem przed oknem rosła śliwa. Co rok zamieniała szarą przestrzeń betonu w oślepiający bielą obłok. Z każdą kolejną wiosną było jej jednak coraz mniej – spychana w cień, otoczona płotami, spowita spalinami aut – aż w końcu pewnej nocy zakradł się do niej człowiek, który nie mógł znieść kwiatów sypiących się na dach jego auta i ściął wszystko, do czego tylko zdołał dosięgnąć.

W tym roku dostałem jednak prezent – w miejscu, w którym teraz jestem, mam za oknem nie tylko śliwę, ale też wysokie owocowe drzewo, które prawdopodobnie jest wiśnią. Śliwa jest już od jakiegoś czasu płynącym obłokiem bieli, domniemana wiśnia wciąż jednak zwleka. Patrzę na nią kilka, a może kilkanaście razy dziennie i niemal za każdym razem pąki kwiatów są coraz większe. Na samą myśl o nagłej eksplozji, która musi się zaraz zdarzyć, przechodzi mnie dreszcz ekscytacji.

Gdy byłem w liceum, poszliśmy kiedyś z kumplami rozpalić ognisko na porzuconej działce w lesie, kilka kilometrów za osiedlem, w którym mieszkałem. Piliśmy niedobre piwo, a potem poszliśmy po prostu spać, spowici dymem i coraz gęstszą ciemnością, której ogień nie mógł rozświetlić.

Zbudziłem się w rześkim poranku, czując chłód ziemi pod ciałem. W mgle rodzącego się dnia widać było wyłącznie trzy owocowe drzewa – wiśnie – obsypane bielą i delikatną nutą różu. To jeden z tych obrazów, których zapewne nie zapomina się już do końca życia.

Obiecałem sobie wtedy – mając kilkanaście lat i sporo alkoholu we krwi, przesiąknięty zapachem dymu, leżąc na ziemi, jak członek jakiegoś nomadycznego plemienia – że kiedyś pojadę do Japonii, by zobaczyć Święto Kwitnącej Wiśni. Wciąż jeszcze tego nie zrobiłem, ale zrobię z pewnością, bo czyż może być coś piękniejszego niż świat zamieniony w setki tysięcy drobnych kwiatów, które trwają zaledwie chwilę, ale powracają rok w rok obiecując, że tak naprawdę nic nie ma ostatecznego końca?

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

One Thought on “Tygodnik #34”