6 miesięcy temu

Tygodnik #39

Bordeaux jest małym Paryżem. Wzniesionym z piaskowca. Odrodzonym z niebytu

To piękne miasto i dobrze się po nim chodzi, zwłaszcza, gdy otaczają cię ludzie, z którymi świetnie się czujesz i z którymi rozmowa płynie bez przeszkód, meandrując niczym strumień.

To wyjazd dziennikarski, ale zadbano o to, byśmy nie musieli się zanadto spieszyć i pędzić przed siebie, a to niezwykle cenne, gdyż w pośpiechu traci się zwykle zbyt wiele.

Noce są jednak gorące, duszne i trochę mroczne. Nie mogę spać. Za oknem hałasuje klimatyzator, a po pokoju latają komary, kąsając z zapałem. Za każdym razem nie zdążam więc na śniadanie i chodzę później na wpół przytomny, to zapadając się w sobie, to znów odżywając, gdy coś mnie nagle poruszy.

Spokojne ulice Bordeaux uczą jednak, by wyjść poza własną przestrzeń. Nadają perspektywy. Skłaniają, by przyjąć punkt widzenia kogoś innego, a potem po prostu pójść na lunch lub poszukać miejscowych ptysi. Tym razem bezskutecznie, bo zabrakło czasu. Dzień wcześniej mijaliśmy wypełnioną nimi cukiernię, ale wtedy myśleliśmy, że do niej po prostu wrócimy. To nauczka, żeby jednak niczego nie odkładać na później i nie gubić tego, co jest tak blisko.


O Bordeaux za jakiś czas napiszę tekst bardziej “praktyczny”, ale póki co musicie zadowolić się tymi kilkoma mglistymi impresjami.

***

B. spytała mnie, czym jest miłość, co kazało mi się zatrzymać, bo przecież  o tym na co dzień nie myślimy. To pytanie, na które nie bardzo umiem odpowiedzieć, nie ja jedyny zresztą. Jest jednak kontynuacją naszych zaciętych dyskusji, które prowadziliśmy w czwórkę w naszym samochodzie przemierzającym kilka miesięcy temu Kaukaz. O wierze, uczuciach, paradoksach nauki, wyzwaniach codzienności, nieskończoności i technologicznych gadżetach, śmierci i kreacjonizmie.

Słowo miłość trochę onieśmiela, bo przecież potrafi zabić. Trzeba je wypowiadać ostrożnie, by nie pozbawić go znaczenia. Nie wzbudzić niepotrzebnie swoich lub czyichś nadziei. Nie skalibrować świata pod kreskę pustki. Jak można odpowiedzieć na takie pytanie, nie brnąć w śmieszność i banał? To nie jest łatwe. Dobrze jednak czasem poobracać tą całą miłość w dłoniach, poprzyglądać się jej z różnych stron.

Pomyślałem o wywiadzie z Amosem Ozem, w którym  izraelski pisarz uchwycił sporo prawdy, a jego podejście do tematu jest mi bliskie. Szukając odpowiedzi, mógłbym też zakopać się w setkach książek i filmów, rozpraw filozoficznych, wierszy, traktatów, świętych pisma… Robimy to od tysiącleci, nieustannie szukamy prawdy.

Uznałem jednak, że dobrze by było na własny użytek przyrządzić jakiś destylat. Spróbować sprowadzić temat do kilku zdań, godząc się przy tym na chwilę na uproszczenia. I pomyślałem, że miłość jest spożywaniem. Kryje się w akcie przygotowywania posiłku. Jest to bowiem jedna z najbardziej pierwotnych nam czynności, od której zależy nasze życie. Jedzenie.

Przygotowanie komuś posiłku. Podsunięcie talerza. Dopasowanie się do czyichś gustów kulinarnych. Wspólne siedzenie przy stole lub łapczywe łapanie kęsów na stojąco w kuchni. To środek uniwersalny. Kryjący w sobie miłość rodziców do dziecka, dziecka do rodziców, kochanków, wieloletnich małżeństw, przyjaciół, nieznajomych spotkanych po drodze. Odwieczny akt, powtarzany bez końca. Jeżeli masz więc ochotę z kimś zjeść, lubisz patrzeć na to jak je, ładujesz mu lunch do szklanego pudełeczka, wysyłasz zapytanie mknące przez setki kilometrów: “jadłeś/jadłaś?”, tkwisz właśnie w środku miłości.

Miłość jest karmieniem. I byciem karmionym.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *