3 miesiące temu

Tygodnik #40

Ostatnio budzę się nie wiedząc, gdzie jestem. To nieprzyjemne uczucie. Kilka sekund bliskich paniki. 

Otwieram oczy w hotelowych pokojach, na nierozłożonej kanapie, w autobusowym fotelu o piątej rano, szturchnięty życzliwie przez M., z którym spędziłem nieco czasu w Rumunii. Przez sekundę, dwie, trzy mój wzrok błądzi zagubiony, nie potrafiąc znaleźć punktu zaczepienia, a w samym środku mnie otwiera się otchłań. Gniotące uczucie braku przynależności.

To coś nowego. Odkąd pamiętam miałem zadziwiającą zdolność mimikry. Gdzie mnie nie poniosło, czułem się swobodnie i jak u siebie. Każde miejsce oswajałem w ciągu kilku minut. Niezależnie, czy był to fotel samochodu, na którym spędzałem noc na parkingu autostrady, mała przestrzeń namiotu, łóżko w użyczonym domu, czy hotelowy pokój w Dubaju, migający dyskretnym światłem przypodłogowym, gdy tylko zsunąłem stopę z łóżka.

Pozostaje wciąż jedno miejsce, w którym czuję się u siebie, z łóżkiem o znanym zapachu i kształtami mebli w ciemności, które mam pod powiekami. Dotykiem dywanu pod gołą stopą, tłustym kremem pod ręką. Skrzypnięciami ramy i zużytymi sprężynami materaca, które czuję pod plecami lub biodrem.

Często o nim myślę.

***

Ten rok dał nam lato przed czasem, rozsypując je hojną ręką niczym gwiazdy po ciemnym niebie. Wszystko wybuchło naraz, zanim jeszcze nadszedł przynależny im czas – kasztany, lipy, truskawki, czereśnie, fasola szparagowa i szparagi, które jem nieustannie myśląc o tym, że zaraz się skończą, a one wciąż są i są. Bób, który można jeść z łupiną, albo bez i zawsze patrzę z czułością na tych, którzy wyłuskują go miękkich ruchem, odsłaniając świeżą zieleń.

Jest w tej obfitości coś fascynującego i niepokojącego równocześnie. Próbuję łapać ją zachłannie, bojąc się, że to przecież chwilowe. Wciąż dochodzi coś nowego i czuję się trochę jak złodziej, wypychający sobie kieszenie bez umiaru, mający świadomość, że przyjdzie mu w końcu za to zapłacić.

Ile mam czasu? Czy mam się spieszyć, czy po prostu brać z każdą minutę i unosić się na powierzchni tej radości, chwilach absolutnego szczęścia, niespodziewanych podarunków, o których istnieniu już zapomniałem.

Moje zmysły pęcznieją od doznań. Od słodkiego smaku, który przechodzi w odrobinę słoności, od soków ściekających po brodzie i palcach, twardych krągłościach pod palcami. Mechatych skórek, nabrzmiałych kolorów, zapachów przyprawiających o zawrót głowy, za którymi biegnę wciskając nos najgłębiej jak się da.

Przerzucam te strony zachłannie, bojąc się, że ich zabraknie i nadejdzie jesienny mrok i zimowy chłód. Niczego przecież nie można być pewnym. Gdy coś się dostaje nagle i niepodziewanie, musi kołatać się po głowie pytanie – jak długo jeszcze?

Nie potrafię sobie teraz wyobrazić innego czasu, więc może po prostu nigdy on jednak nie nadejdzie, a studnia pozostanie wciąż głęboka?

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *