2 miesiące temu

Tygodnik #41

Zabiorę was w Gdańsku do miejsca, do którego chadzają tylko miejscowi.

Przychodzą popatrzeć. Siadają w niedzielne popołudnie na ławce lub murku. Niektórzy przyjeżdżają na rowerach. Rozmawiają o tym, co widzą. Wymieniają się wrażeniami. Większość nie ma pojęcia o tych wszystkich skomplikowanych sprawach związanych z ruchem wody, nawigacją, morskimi procedurami. W niczym to nie przeszkadza.

Do gdańskiego portu przyjechałem na wydobytym z niebytu rowerze, który wciąż zrzuca łańcuch na niższe koronki przerzutki, jakby uparł się, że moje nogi mają bardziej się wysilać. Powoli się z tym godzę, choć co jakiś czas majstruję jeszcze śrubokrętem przy śrubkach regulujących. W końcu mi się uda.

Nikt z turystów tu nie przyjeżdża. Ci nieliczni, wybierają się tylko do pobliskiej zabytkowej latarni morskiej. Jest jednak dużo miejscowych. Spędzają czas na gapieniu się na wchodzące do portu statki i jachty. Starsze małżeństwa. Młodzi, objęci w czułościach.  Wędkarze. Jakieś nieliczne dzieciaki.

Porty żyją własnym, niezmiennym rytmem. Za to je lubię. Niezależnie od pogody, dnia, pory roku, sytuacji politycznej. Zawsze jest tak samo. Ruch wody. Obroty dźwigów. Potężne kadłuby statków. Codzienne życie płynie obok. Tu działają tajemne procedury, które muszą być dopełnione. Patrzę na to wszystko, jak na inny wszechświat.

Z rampy za siatkowym płotem zjeżdżają przywiezione z dalekich fabryk samochody. Łomoczą na metalu po którym się toczą, wygrywając równy rytm. Osobowe hyundaie. Nissany Juke, w całej palecie barw, od pięknie żółtej, po smoliście czarną. Ustawiane są w równych rzędach na ogromnym portowym placu.

Patrzę na nie z czułością, myśląc o przebytej już przez nich drodze i o tym, że za jakiś czas zostaną rozwiezione na wszystkie strony świata, trafiając do tych, którzy czekają na nie z niecierpliwością. Będą je powoli oswajać, czynić swoimi, wsiadając codziennie rano do ich wnętrza. Wyobrażam sobie ich życie, których częścią staną się te auta. Drogi, jakie pokonają, pasażerów, których przewiozą. Rozmowy przez telefon, które się w nich odbędą. Chwile milczenia. Śmiechy. Okruchy jedzenia lądujące na dywanikach. Może kilka fal uniesienia na tylnej kanapie, w odludnym miejscu, z szybami zaparowanymi od środka. Dudnienie muzyki. Szum opon na asfalcie. Krzyki pełne nienawiści, ale też muskające się z czułością palce na drążku zmiany biegów lub splecione dłonie leżące na czyimś udzie (w wersjach z automatyczną skrzynią, na której dźwigni nie ma sensu przecież opierać ręki).

O tym sobie myślę, patrząc na ten niekończącą się falę hyundai i nissanów zalewających portowy parking.

Przy skręcie kanału, pod kanciastymi sylwetkami żurawi ułożono setki ściętych drzew. Leżą, wyglądając z daleka jak zapałki. Nie wiem, czy niedawno je rozładowano, czy dopiero trafią do czeluści statków, które zaraz nadpłyną. Przypominają mi obrazki z książek dla dzieci, przedstawiających ówczesny świat. Gdy miałem kilka lat, oglądałem je bez chwili znudzenia. Sycąc wzrok szczegółami: budą i psem, rowerem, ciężarówką wypełnioną ściętymi pniami.

Patrzę sobie na to i na białą bryłę promu do Szwecji, który za kilka godzin wyruszy w swoją codzienną drogę. Na wycieczkowe statki wracające z Zatoki Gdańskiej z turystami grzejącymi się w plamach słońca na górnym pokładzie. Na jachty, wychodzące i wchodzące do portu na silniku, z białymi kreskami zwiniętych żagli.

Najbardziej ciekawią mnie jednak ludzie. Ci, którzy przychodzą tu się pogapić na port. Wymieniają się leniwie spostrzeżeniami. Pokazują sobie widziane kilka dni temu jachty i statki. O ten, jest z Litwy i wpływał dwa dni temu, pamiętasz? Ciekawe, jaką prędkość taki katamaran może rozwinąć? Prędkość, prędkością, ale biedny go raczej nie kupił, popatrz jakie to cacko, drogie musi być pieruńsko. A tam drzewa zrzucili. Patrz na tę hałdę żwiru przywiezioną, na jakąś budowę pójdzie, może autostrady.

Toczy się to wszystko bez pośpiechu. Nikt nie mówi o polityce, codziennych problemach, o mundialu nawet nikt nie mówi. Wszyscy są zjednoczeni, tworząc wspólnotę oglądających. Pogodzeni ze sobą, z własnymi ułomnościami, całymi latami spędzonymi wspólnie, nawykami, które mogą doprowadzić do nerwicy. Nikt z nich się nie kłóci, nikt nie jest obrażony. Może ci się tu po prostu nie pojawiają.

Spoglądam w ich twarze. Przyszli popatrzeć na życie. Nie spodziewają się niczego spektakularnego, to nie koncert Rolling Stones, ani jakieś epokowe zdarzenia. Nie ma tu osób znanych z telewizji. Historia dzieje się gdzie indziej, już raz się zresztą tu zdarzyła, gdy z latarni morskiej ostrzelano Westerplatte, a potem było pięć lat krwawej wojny. Może wystarczy.

Większość tych ludzi przyszła do portu z kimś. Siadają we dwójkę, czasem stoją przy murku w trójkę, czy czwórkę. Cały świat do nich przypływa. Wystarczy sobie przycupnąć na ławeczce i mieć na wszystko oko. Obracać te obrazy w słowa, podawać je sobie z ust do ust. Pozwolić, by wypełniły ci niedzielne popołudnie.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *