4 miesiące temu

Tygodnik #42

O upale, rosyjskich filmach, kinach plenerowych i potrzebie bliskości

Upał rozpala głowę. Czuję, jak krew pulsuje pod czaszką, torując sobie drogę przez skronie.

To lato jest gorące. Takie, jak być powinno. Wieczorem idę na plażę, by zobaczyć zaćmienie Księżyca. Bardziej  jednak niż ten pomarańczowy talerz, przymglony zresztą warstewką chmur, cieszy mnie kokon ciepłego powietrza. O tej godzinie nad Bałtykiem – nawet w środku lata – nadciąga zwykle bezlitosny chłód, tak jakby tylko czekał za rogiem, by uderzyć zaraz jak zniknie słońce. Nie tym razem jednak. 

Mam w głowie zakodowanych kilka obrazów, które budzą moją czystą, niczym nieskażoną radość. Przesiadywanie na plaży w nocnym ciepłym powietrzu jest właśnie jednym z nich. Kojarzy mi się z krajami Śródziemnomorza, tam jest niemal oczywiste. Patrzę więc na przyćmiony Księżyc, przypominając sobie te wszystkie wieczory i noce wypełnione zapachem Południa. Brakuje mi rytmicznego hałasowania niestrudzonych cykad.

Parę dni wcześniej wieczorne zimno rozlało się jednak bez żadnego trudu, tak jakby chciało wygrać tę samą melodię, którą gra rosyjski film “Niemiłość”. To dziwne uczucie oglądać go na leżaku na sopockim molo, czując na skórze podmuchy chłodnego wiatru znad morza. Zawsze miałem słabość do kin plenerowych. Znam nawet tego przyczynę. Naoglądałem się tych wszystkich amerykańskich filmów, w których ludzie u progu dorosłości podjeżdżali pod biały jak śnieg ekran, by nie wysiadając z samochodów czynić każdą minutę swojego życia pełną emocji i uczuć.

To dziwne uczucie oglądać film o niemiłości, w otoczeniu przytulonych do siebie osób. Próbujących jakoś odpędzić chłód ciasnymi uściskami, palcami przesuwanymi po dłoniach w gestach pełnych czułości, wspólnym sięganiem do pudeł z prażoną kukurydzą. Kilka osób wstało jednak w trakcie seansu i odeszło w milczeniu i wciąż nie wiem, czy wygnał je wieczorny chłód, czy raczej byli to ci, którzy niemiłości doświadczają na co dzień i ten chłodny obraz wyświetlany na plenerowym ekranie to było jednak już nieco zbyt wiele. 

Jest parno i duszno. Nocą nadchodzi burza i przez moment zalewa świat strugami wody, które wlewają się do mieszkania. Wystarczy jednak tylko wygrzebać się z łóżka, zamknąć okno, a później wrócić tam, gdzie jest miękko, ciepło i wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Przesuwam się po domu z półprzymkniętymi oczami, senny, idąc w półmroku na pamięć po kątach, które już dobrze znam. Później jednak nie mogę zasnąć. Leżę w łóżku. Nasłuchuję deszczu i mimo rozgrzanego powietrza i skóry lepkiej od potu chcę być wciąż bliżej i bliżej.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *