10 lat temu

Ucho w dłoni

Prawie wszystkie miały poobcinane uszy, jedno lub dwa, ich szczątki sterczały z głów niemrawo, sztywne i poszarpane.

Kilka było obciętych solidnie, tuż przy nasadzie, ale większość ścięto w pośpiechu, chaotycznie, być może jednym ruchem, zanim jeszcze pełne adrenaliny serce uspokoiło swój rytm, a wiwatujący tłum choć nieznacznie ucichł.

Z pewnością te zakrwawione końcówki uszów, których tu brakowało wędrowały wraz z dłonią wysoko w górę, a czasem za towarzysza miały ciemny sztywny ogon ze szczeciniastą końcówką, trzymany w drugiej ręce. Myślę, że ich widok w górze musiał być dla tłumu dobrym powodem, by wydać krzyk triumfu  i aprobaty, a trzymający te skrawki ciała Jose Manzanares, Damaso Alonso, czy Vincente Blau, zwany El Tino, który był niewątpliwie najlepszy i udowadniał to rok po roku, musieli czuć wtedy to, czego brakowało im na co dzień, i co kazało im wciąż i wciąż stawać od nowa do walki.

Spreparowane głowy byków z dużymi zagiętymi rogami wyglądały jakby była już im obojętna ta sprawa z uszami, ale w zasadzie jakie mały inne wyjście? Ich ciemne oczy i twarda skóra nosów błyszczała w świetle lampek. Oprócz wypchanych głów byków na ścianach, w Museo Taurino były jeszcze stroje torreros, setki zdjęć i trochę porcelany zdobionej przez Dalego, który najwyraźniej też cenił zmagania mężczyzn z bykami, nie mającymi innego wyjścia jak wyzionąć ducha na piachu areny i jedyne co mogły, to zrobić to trochę lepiej lub gorzej.

Coś nas tam ciągnęło, w zasadzie chcieliśmy zobaczyć Plaza de Toros, spojrzeć z góry na tą arenę i zrozumieć, co w tym takiego jest, ale muzeum było tuż obok, w tym samym budynku.

Nie zniechęciła nas nawet pora sjesty i tabliczka na bramie mówiąca, żeby przyjść ponownie za kilka godzin. Poszliśmy zjeść obiad do Don Carlosa, ale wiedzieliśmy, że to tylko odwlekanie w czasie, że do Plaza de Toros wrócimy. Kelner bez pytania postawił przed nami butelkę czerwonego wina, byliśmy tam już trzeci raz, a to wystarczyło, by pamiętali co lubisz i witali z radością, choć bez zbędnej wylewności.

Pierwszego dnia poszliśmy gdzie indziej, ale okazało się, że nie jest to nasze miejsce, i że gazpacho ma brudnoszary kolor, a właściciel zanadto ziewa i jest zmęczony. Następnego dnia poszliśmy więc do Don Carlosa, gdzie proste menu del dia kosztowało 8 euro, i zaraz wiedzieliśmy, że to jest nasze miejsce. Mieliśmy więc trochę szczęścia i  było się gdzie zakotwiczyć.

To był zupełnie prosty bar, ale myślę, że jeden z tych najlepszych w Alicante. Było w nim sporo przestrzeni, a na stolikach leżały kartki ze spisem potraw, które można było danego dnia wybrać.

Przychodzili tam wciąż ci sami ludzie, siadali na swoich miejscach i jedząc czytali gazety. Był mężczyzna z brodą i resztkami siwych włosów na głowie. Czytał zawsze El Pais i tak ja my zawsze zamawiał na pierwsze danie gazpacho, był inny chudy w okularach i mokasynach na stopach, który czytał coś lżejszego niż El Pais i metodycznie, powoli opróżniał swój talerz prawie na niego nie patrząc. Lubił sałatki, które obficie polewał oliwą. Byli też dwaj nieco młodsi, jeden w skórzanych klapkach, różowym polo, z ciemną brodą i jego towarzysz, dużo grubszy. Zawsze zamawiali dodatkową kawę i wlewali ją do kieliszków z lodem. Był też Paco z kilkoma kumplami, którzy popijali piwo i zajadali tapas, ale nie wiem za bardzo jak wyglądał, bo siedział zawsze za moimi plecami.

Wszyscy oni przychodzili codziennie, o tej samej porze, między 14-15 i zawsze można było na nich liczyć. Oprócz nich czasem przychodzili też turyści, ale rzadko i wtedy kelner cierpliwie próbował pokonać barierę językową i jakoś im wytłumaczyć, że menu zawiera dwa dania, napój i deser, i że sałatkę trzeba polać oliwą i wtedy jest bardzo dobra. Potem odwracał się do nas i przewracał porozumiewawczo oczami lub nachylał się i mówił z zadowoleniem, że to bar międzynarodowy.

Trzy dni temu też byliśmy turystami, ale następnego dnia byliśmy już trochę mniej, a za trzecim razem już prawie w ogóle. Kucharz machał nam z daleka z uśmiechem i trochę żałowałem, że znów nie dowiem się, co będzie dalej, bo musieliśmy wyjechać i nie miało być już czwartego razu. Wiedziałem jednak, że bar ten zawdzięcza wszystko tym ludziom, wspaniałemu kelnerowi, kucharzowi, temu człowiekowi od El Pais i tym innym, i że wszystko opiera się na nich i na tym, że ich zapał wciąż nie wygasł.

Mogliśmy tam przyjemnie przeczekać, aż Museo Taurino obudzi się ze siesty, a gdy to już nastąpiło poszliśmy ulicą San Vicente i okazało się, że wewnątrz jest chłód zapewniony przez klimatyzację. Oprócz nas nie było żadnych zwiedzających, a siedząca przy wejściu kobieta przyswajała na głos tajniki jakiegoś języka i przez jakiś czas w tych niewielkich pomieszczeniach słychać było tylko nasze kroki i powtarzane słówka.

Wejście na arenę pozostało jednak zamknięte, próbowałem coś dojrzeć przez okienka, ale na nic się to zdało, więc pozostało nam tylko patrzenie w oczy tym bykom i udawanie, że bez uszu wyglądają równie dobrze, jakby wyglądały z uszami. Było tam też trochę starych plakatów obwieszczających o zbliżającej się corridzie, niektóre były z początków ubiegłego wieku i świadczyły o tym, że niezależnie od tego, co działo się w kraju, byki zawsze musiały wyjść na arenę. Plakaty były całkiem niezłe i ustaliliśmy, że moglibyśmy mieć taki na ścianie.

Ci od byków wyglądali na zdjęciach dostojnie, gdy pozowali raczej się nie uśmiechali, najwyraźniej nie byłoby to zbyt dobre w połączeniu z zabijaniem byka, ale było też trochę zdjęć reporterskich, gdzie torreadorzy zostali przyłapani jak okupują stolik pełen smacznych przekąsek lub obejmują z czułością ładne kobiety i wtedy często mieli szerokie uśmiechy. Byli prawdziwymi gwiazdami, te kobiety musiały odczuwać w ich obecności dreszczyk emocji, a może nawet błogie uczucie ciepła w brzuchu. Część zdjęć była sprzed paru lat, ale wszystkie wyglądały tak samo.

Na zewnątrz, obok fontanny naprzeciwko Plaza de Toros stał pomnik: kilka byków i pikador na koniu z długą skierowaną w ich stronę lancą. Strumienie wody z fontanny biły wprost spod chodnika przechodząc przez grubą stalową kratę. Można było do nich podejść i opłukać twarz. Pikador w skulonej dłoni trzymał uprząż, zupełnie swobodnie, ze znawstwem umożliwiającym panowanie nad koniem. Ktoś jednak włożył mu w rękę papierową torebkę z McDonalda i pikador stracił przez to wszystko co miał, był już tylko chłopcem z torebką po hamburgerach i już nie miał szans na te wszystkie piękne kobiety.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

One Thought on “Ucho w dłoni”