Choć zwykle są niewielkie, wraz z nimi ciągniemy w świat niemal całe nasze życie.

Parę dni temu A. opowiedziała mi swój sen, w którym – ku zapewne naszemu wspólnemu zaskoczeniu – odegrałem istotną rolę. Rzecz działa się w jakimś autobusie, którym pokonywaliśmy drogę. I choć A. o tym nie wspomniała, od razu skojarzyło mi się to z szerokimi przestrzeniami Stanów Zjednoczonych.

Wraz z nami podróżowała niewielka poduszka, która istnieje w rzeczywistości. Skrawek wypchanego materiału towarzyszący A. niemal od urodzenia, wędrujący z nią po świecie, zawsze gdzieś pod ręką od czasu, gdy chwyciła go po raz pierwszy w dziecięcym łóżeczku.

We śnie trochę o niej rozprawialiśmy, aż doszło do mnie, że sam nie mogę liczyć na podobne towarzystwo, co skłoniło mnie do prób wyłudzenia owej poduszki, a gdy to nie przyniosło skutku, do wykradania ukradkiem chwil z głową na tym niemal świętym przedmiocie. Ponoć spałem całkiem smacznie…

A. zapowiedziała, że nie ma mowy o podobnych historiach i jeżeli rzeczywiście wyruszymy kiedyś we wspólną podróż, mam sobie od razu wybić z głowy tego typu pomysły. Pozostanie mi zapewne się z tym zgodzić, choć obraz tej poduszeczki zadomowił mi się już na dobre w głowie.

Trochę nas z A. rozbawiła ta historia (swoją drogą, nie macie czasem wrażenia, że jakiś wasz fantom prowadzi niezależne życie i panoszy się w czyiś snach, a wy nie macie nad nim żadnej kontroli i pozostaje wam tylko nadzieja, że nie najecie się później wstydu?). Poczułem się jednak nagle nieco wybrakowany.

Nie posiadam równie cennego przedmiotu, który towarzyszyłby mi nie tylko w podróży, ale też w życiu. Talizmanu, kryjącego w sobie wszystkie minione minuty.

Myślę więc o tej niewielkiej poduszeczce, którą A. ciąga ze sobą w każdą drogę, zbierającej zapewne masę kurzu i mnóstwo wspaniałych historii. Ileż w niej musi być snów rodzących się tak bujnie, gdy odwiedzamy nowe miejsca, ileż obaw i chwil pełnych satysfakcji! Tysiące mijanych kilometrów, miękki zimny śnieg, palące dotknięcia słońca.

Te niewielkie przedmioty, które towarzyszą nam w podróży stają się lustrem, w którym się przeglądamy.

Wyleżane poduszki, maskotki podczepione pod plecak, kamyki wypieszczone przez morskie fale, obgryzione ołówki, spróchniałe kawałki drewna, srebrne wisiorki na szyi… Namacalna nić łącząca nas z przeszłością. Z momentami, których już nie ma. Chwila ukojenia, gdy możemy złapać choć na krótki moment umykającą nam rzeczywistość.

Zmieniają się wraz z nami, powoli karlejąc, starzejąc się i nabierając wciąż to nowych znaczeń. Żyją wraz z nami, towarzysząc w doli i niedoli, a każda przygoda zostawia na nich – tak jak na nas – ślad, który nas tworzy.

Z braku zdjęcia poduszki A., jako zdjęcie do dzisiejszego wpisu pozwoliłem sobie umieścić Liv Tyler – ze względu na tę ogromną poduchę i to rozmarzone, jakże podróżne, spojrzenie.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *