4 miesiące temu

Zapomnij o bluesie – Chicago

Do Chicago przyjechałem posłuchać bluesa. Mięsistego, szarpiącego za duszę, pulsującego głębokim basem. Zamiast tego trafiłem na koncert jazzowy.

TEKST: MICHAŁ GŁOMBIOWSKI, KALEIDOSCOPE 12/2017

Ach, więc wybierasz się posłuchać bluesa – pokiwał głową Justin, którego poznałem godzinę wcześniej, gdy przypadkowo siedliśmy obok siebie przy barze wychylić bourbona. W Chicago znajomości zawiera się bardzo szybko. – No cóż – dodał – my jednak zwykle chodzimy na jazz. Do lokali, w których słuchasz muzyki stojąc tak blisko innych, że ocieracie się o siebie ramionami, a dźwięk instrumentów przenika cię do kości. Blues jest w porządku, ale na jego koncertach jest teraz tylu turystów

Patrzył na mnie niewinnym wzrokiem, a moje przeświadczenie o tym, że lecąc do Chicago wybieram się do mekki bluesa, waliło się właśnie w gruzy.

Jazz oraz kluby z występami stand-upowymi – Justin nachylił się. – Te same, w których występowali niegdyś Bill Murray i Dan Aykroyd. Tym jest właśnie Chicago. Zapomnij o bluesie.

W rytmach improwizacji

No więc zapomniałem. Kierując się namazanymi przez Justina na barowej serwetce wskazówkami, trafiłem do pogrążonego w półmroku lokalu, gdzie wszystko wyglądało dokładnie tak, jak mi opisał. Większość osób stała ramię w ramię, pogodzona z mikrą dostępnością krzeseł i stolików. Otuleni zapachem perfum, alkoholu i zakurzonej tapicerki kanap. Na scenie trzech mężczyzn płynęło po przestworzach improwizacji, dmąc w saksofon i tłukąc w perkusję. Byli piekielnie dobrzy. Bez bólu mogłem więc zapomnieć o bluesie. Puścić w niepamięć, że to właśnie tu – w Chicago – grający go muzycy podłączyli instrumenty do prądu i odmienili jego brzemiennie na zawsze. To było w okolicach 1952 r. Zapomnieć, że w tym mieście działa przynajmniej dziesięć klubów bluesowych, z niekończącym się długim barem i zatrzęsieniem pamiątek oraz zabytkowych instrumentów. Za wejście do nich trzeba jednak zapłacić minimum kilkanaście dolarów i zderzyć się przybyszami z całego świata, którzy oślepiają wszystkich wokół, łącznie z muzykami, fleszami smartfonów i nie zostają wyrzuceni tylko dlatego, że mieszkańcy Chicago są gościnni jak mało kto.

Niemałe cuda

A więc liczył się jazz. Zmysłowy, czasem ckliwy, momentami pełen patosu. Rano klub, w którym spędziłem noc rozmył się w mojej pamięci wraz z nadciągającym bólem głowy wystawionym jako rachunek za zbytni entuzjazm w testowaniu miejscowego piwa w mglistą plamę. Pozostało niejasne wspomnienie radosnych godzin spędzonych z osobami, które widziałem pierwszy raz w życiu, oraz wnikających w ciało dźwięków muzyki. Klub jawił mi się jako na w pół mityczne miejscem, do którego nie wiadomo jak trafić – posiałem gdzieś moją mapę-serwetkę – ale w którym można liczyć na niemałe cuda.

Noce w tym mieście są długie i pełne emocji / fot. CC0

Szukając w Chicago scen jazzowych, nie potrzeba jednak wskazówek mazanych na skrawku poplamionego kawą papieru. Istnieje tu sporo sprawdzonych adresów, pod które można uderzać w ciemno: Winter Jazz Club, Andy’s Jazz Club & Restaurant, The Wistler. No i wreszcie słynny Cocktail Lounge Green Mill należący niegdyś do jednego z podwładnych Ala Capone – Jamesa Vincenzo Demora. Gangster posiadał jedną czwartą udziałów klubu. Jego szef zachodził tu regularnie, by posłuchać muzyki i obgadać sprawy mafii.

Obecni właściciele starają się, by atmosfera sprzed dziesięcioleci wciąż dała się tu odczuć. Na wejściu mijam neonowe napisy i urocze w swej prostocie staroświeckie żarówki. Zza baru łypią z fotografii Al Capone i jego podejrzani koledzy. Nie brakuje też zdjęć przedstawiających koncertujących muzyków. Są elementy wystroju z lat 40. oraz tajemna rampa do transportowania skrzynek z alkoholem w czasach prohibicji. Żeby nie mącić u gości poczucia zagubienia w czasie, nie zainstalowano terminalu do płatności kartą. Wciąż ceni się tu ciężar monet wyrzucanych z kieszeni wprost na kontuar. Konkretnej gotówki, za którą można wlać w siebie odrobinę alkoholu i pozwolić, by dźwięki wyczarowywane przez kilku facetów na scenie wpełzły ci na zawsze do głowy i serca.

Drink z widokiem

Po wizycie w mrocznych klubach o długiej historii potrzebowałem szerszego spojrzenia na miasto. Rzucenia okiem na Chicago z góry. Wystarczyło wjechać na 103. piętro Willis Tower. Sięgający chmur gmach przez długi czas był najwyższym budynkiem świata (442,3 m), do czasu aż zdetronizowali go architekci pracujący w Nowym Jorku i w innych częściach globu. Na otarcie łez Willis Tower dostał jednak bonus – szklane klatki widokowe. Wychodząc na sięgający poza obręb budynku podest, można poczuć się niczym mistrz lewitacji. Lub – jeżeli cierpisz na lęk wysokości – paść w panice na kolana i próbować się jakoś z tego wykaraskać. Skydeck – podniebna platforma – otwiera pod stopami otchłań ponad 412 metrów, od której dzieli cię tylko zaufanie do informacji, że to szkło wytrzymuje ponoć 4 tony obciążenia.

Chicago zdaje się być miastem wertykalnym. To jednak w ulokowanych nisko, pogrążonych w półmroku klubach i lokalach, do których nie zawsze łatwo trafić, pulsuje w rytm jazzu serce tej metropolii / fot. CC0

By na nią trafić, trzeba jednak odstać swoje w kolejce i pozbyć się 23 dolarów za bilet. Tkwienie w „ogonku” z poczuciem przepływającego czasu sprawia, że Willis Tower traci nagle na atrakcyjności. Jego blichtr gaśnie, a na scenę wkracza drugi z najbardziej znanych drapaczy chmur w Chicago. Hancock, bo o nim mowa, kusi barem i restauracją Signature Room ulokowaną na 95. piętrze. Jest tu nie tylko dużo mniej ludzi, ale też znacznie przyjemniej. Sięgające podłogi okna pozwalają wzrokowi płynąć bez przeszkód, omiatać centrum miasta i sięgnąć ku sąsiednim stanom: Wisconsin, Indiana i Michigan. Za drinka trzeba zapłacić ok. 15 dolarów, a za tę sumę dostaje się nie tylko szklankę alkoholu, ale też możliwość leniwego przesiadywania przy stoliku tuż przy oknie (jeżeli akurat będzie wolny). Sączysz napój i patrzysz przed siebie, nie musząc znosić tłumów za plecami, które w Willis Tower z rosnącym zniecierpliwieniem czekają, aż zwolnisz miejsce na Skydecku i pozwolisz innym zrobić zdjęcie. Dla podróżnika, któremu zależy na niespiesznym poznawaniu Chicago, to atut trudny do przecenienia.

Najlepszy park świata

W Cloud Gate chicagowski świat odbija się w sposób zniekształcony. Stojąc pod tym najbardziej charakterystycznym punktem miasta, próbuję wyłuskać swoją postać, komicznie zdeformowaną, pośród pnących się w górę budynków. Połyskliwą rzeźbę, przypominającą przelewającą się kroplę rtęci, mieszkańcy nazywają fasolką (Bean). To jeden z punktów parku Millenium, architektonicznego przedsięwzięcia, które na dobre odmieniło centrum miasta. Jego budowa trwała cztery lata dłużej, niż planowano, i pochłonęła niemal 500 mln dol. (wstępne koszty szacowano na 150 mln), dziś jednak nikt już o tych wydatkach nie pamięta. Zajmujący niemal 25 akrów park wtopił się w tkankę miejską, stając się centrum życia kulturalnego. Ciągną do niego równie chętnie miejscowi, jak i turyści. Miejsce daje wytchnienie od mikroklimatu panującego pomiędzy drapaczami chmur, gdzie którymi hula nieobliczalny wiatr potrafiący nagle i bez ostrzeżenia zwalić z nóg.

Pomysłowość projektantów pozwoliła stworzyć miejsce, w którym każdy czuje się dobrze. Kładki, zieleń i wygodne ławki skłaniają, by zostać tu już na zawsze. Co kilka kroków wpadam na nowoczesne rzeźby, a pod fontanną Crown Fountain spędzam czas, patrząc w wyświetlane na ustawionych naprzeciwko siebie panelach twarze tysiąca mieszkańców Chicago. Co jakiś czas z ich ust tryska woda, trafiając wprost do basenu źródła.

Chicago Riverwalk – w tym mieście chce się po prostu przysiąść i patrzeć / fot. CC0
Cloud Gate w Chicago – słynna “fasolka” i cały park w samym centrum miasta na stałe zmieniły oblicze Chicago / fot. CC0

Tylko nie proś o ketchup – śmieje się młoda kobieta o niebieskich oczach, na której stoisku kupuję hot-doga. Nie proszę, bo już ktoś mnie wcześniej o tym uprzedził: w Chicago bułka z kiełbaską to coś więcej niż zwykła przekąska i pod żadnym pozorem nie wolno bezcześcić jej ketchupem. Na woskowanym papierze dostaję szeroko przecięte pieczywo kryjące wypieczoną kiełbaskę, cebulę, pikle, plasterki pomidora, papryczki jalapeno i obfitą wstęgę musztardy. To poważna sprawa. Wgryzam się, myśląc o tym, że mieszkańcy Chicago proste danie przemienili w coś wyjątkowego.

Podobna sztuka udała im się z ich własnym miastem. Położoną nad jeziorem Michigan metropolię uczynili miejscem ciekawym, przyjaznym i intrygującym. Pełnym dobrych plaż, nowoczesnej sztuki, architektonicznych cudów.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *