3 lata temu

Żuławy bez pośpiechu

Delta Wisły to zaledwie dwa procent powierzchni Polski. Drobinka, którą przy szybkiej jeździe można przegapić, lepiej więc zanadto się nie spieszyć.

Po jakimś czasie zapominam o podpowiedziach, które samochód – naszpikowany elektroniką od opon po dach – podsuwa od momentu otwarcia drzwi aż do chwili, gdy z niego wysiadasz. Z powodu kilku nieporozumień dostaję auto o słabszym silniku, ale tym razem nie muszę się tym przejmować. Cała idea tych dwóch dni polega na tym, by się nie spieszyć, więc 1.5 l wystarcza z naddatkiem.

Odwykły od nowoczesności, zatopiony na co dzień w technice, która rodziła się jeszcze w ubiegłym wieku, z lubością kręcę kierownicą, której wspomaganie z łatwością odgaduje każde życzenie, biorąc całą robotę na siebie. Życzliwe sugestie dotyczące momentu zmiany biegów puszczam jednak mimo uszu, nie mogąc przyzwyczaić się do prowadzenia mnie za rękę i niskich obrotów silnika. Szósty bieg przy 40 km/h i półtora tysiąca obrotów? To nie jest mój styl, kręcę więc silnik uparcie do 3-4 tys., nie zważając na cyfry pokazujące ilość spalanego paliwa, idące przez sekundy w dziesiątki litrów. Zapewne mają przywołać mnie do porządku.

Za Tczewem skręcamy w 22-kę, przecinamy Wisłę. Wały przeciwpowodziowe trzymają rzekę w uścisku długich ramion. Polna droga, klucząc, kieruje się nad wodę.

Betonowe, skruszałe odnogi oblepili wędkarze, wyrzucający każdą złowioną rybę z powrotem w głębiny (nikt przy zdrowych zmysłach nie je ryb z Wisły), za każdym razem czując przez moment, że świat bywa przyjazny, a gdy to uczucie pryśnie, wystarczy znów wrzucić spławik do wody.

Kawa przyrządzona na przenośnej kuchence z widokiem na Wisłę, która kilka kilometrów dalej, z lekkim westchnieniem, jakby była wyczerpana wędrówką przez całą Polskę, przestaje być rzeką i zamienia się w morze.

W Bystrzu, zaraz przy wjeździe do wioski, w cieniu lip kryje się kapliczka. Przez kratę można spojrzeć do środka. W dole tłoczą się kości, przypuszczalnie ludzkie, choć równie dobrze ktoś mógł tu podrzucić piszczele ubitej niedawno zwierzyny.

ENTROPIA

Szpalery wierzb, łąki pełne kwiatów, blask meandrującej rzeki Tugi, drewniane domy, cmentarzyska. Idea slow drivingu – powolnego podróżowania samochodem, bez wyznaczonego celu, z ledwie naszkicowaną trasą – sprawdza się tu idealnie.


Czerwień w zieleni

11822323_928362520554038_4232963380397236922_n

Przebijając się przez otoczone lipami drogi Żuław, wolę czuć na skórze wiatr, zapach rozgrzanego powietrza, słyszeć dźwięki płynące z mijanych wiosek. Opuszczam więc szybę, wiedząc, że ceną za to będzie wnętrze auta przybrudzone pyłkami topoli i drogowym kurzem. Przez chwilę mam wyrzuty sumienia, dostałem ten samochód wypucowany w każdym centymetrze, a stan licznika, ledwo przekraczający 2 tys, kilometrów, przypomina, że mam do czynienia ze sprzętem, który ledwo co opuścił fabryczne linie. Z każdym przejechanym metrem ten stan się zmienia. Entropia.

Wiem jednak, że do pewnego stopnia będzie ona odwracalna: kilku pracowników myjni za jakiś czas przywróci stan poprzedni, przez moment kpiąc z jednej z głównych zasad naszego świata, mówiącej, że niemal wszystkie procesy przebiegają w jednym kierunku.

KRWIOBIEG ŻUŁAW

Wisła, z dziesiątkami odnóg i setkami kanałów jest krwiobiegiem wyznaczającym puls Żuław. Ta plątanina 5 tys. km kanałów, 11 tys. km rowów melioracyjnych i nieskończonej ilości wałów przeciwpowodziowych chroni przed zalaniem miejsca, które znajdują się poniżej poziomu morza, a w najlepszym razie ledwo do wystawiają znad niego czubek nosa.

Dla ludzi osiedlających się na tych terenach mocowanie się z naturą szybko stawało się szybko codziennością. Wydzieranie ziemi wodzie na dobre rozpoczęło się w XIV w., gdy zakon krzyżacki zarządził prace melioracyjne. Sypano groble, wznoszono tamy, rozplanowywano kanały. Wokół nich pojawiły się wioski, mające udźwignąć rodzącą się tu rolniczą potęgę państwa krzyżackiego.

Jego sercem stał się malborski zamek, uchodzący dziś za największy gotycki zespół obronny na świecie, mający kubaturę ponad ćwierć miliona metrów sześciennych. 

Nogat, Malbork

Jego szczegółowe poznanie nie mieści się w zamyśle tej podróży. Potrzebowalibyśmy na to całego, ciasno wypełnionego dnia. Pośpieszny bieg przez wszystkie komnaty wydaje się nie mieć sensu. Wybieramy więc kilka pomieszczeń. Wielki Refektarz, nieustannie fascynujące turystów gdanisko, z którego wprost do wody, z wysokości kilkunastu metrów trafiały krzyżackie ekskrementy, podziemny system grzewczy z piecem, który zadowalał się zaledwie dwoma metrami sześciennymi opału, a wprowadzał plątaniną rur ciepło do gigantycznych komnat zamku i serc rezydujących w nim zakonników. Później przyszli Polacy i – jak zwykle wszystko wiemy lepiej – wprowadzili system z piecami w każdej izbie. Nieefektywny i potwornie żarłoczny.

Ogród krzyżacki na zamku w Malborku

Zamek malborski

Na zamkowym placu bruk wbija się przez podeszwy butów w stopy. W dawnym krzyżackim ogrodzie kwitną róże. Wzdłuż Nogatu, przy którym stoi zamek, biegnie aleja spacerowa, oddalająca się od tego ogromnego symbolu Malborka i Żuław. Z każdym metrem traci na dostojeństwie i w końcu osuwa się w bezmiar popękanego asfaltu i huk samochodów pędzących nad głową po moście spinającym brzegi Nogatu.

To przyjemna trasa, która prowadzi w nieznane i nie mam pojęcia, co czeka wędrowca na jej końcu, bo zdaje się, że jest on bardzo daleki, a my musimy przecież kiedyś zawrócić i jechać dalej.

Po kilku godzinach samochód staje się już po części mój, jego widok na parkingu cieszy, a obłe, ale trochę agresywne linie nadwozia – powstałe zgodnie z filozofią Kodo, która ma uchwycić piękno ruchu – pieszczą oko. Zanim wcisnę zapłon silnika, przesuwam wzrokiem po polerowanym aluminium na klamkach i dźwigni zmiany biegów, o krótkim, sportowym przełożeniu. Te detale cieszą, choć zapewne szybko się do nich można przyzwyczaić, przestając zwracać na nie uwagę, w przeciwieństwie do otulających ciało foteli, które mój zmarnowany kręgosłup przyjmuje z entuzjazmem.

50 LITRÓW NA DZIEŃ

Imponujące rozmachem dzieło melioracyjne krzyżackich mistrzów dopełnili holenderscy menonici, którzy wygnani religijnymi prześladowaniami w XVI w., znaleźli na Żuławach nową ojczyznę. Przedstawiciele anabaptystycznego ruchu wyznaniowego rozbudowali system kanałów i rowów, wykorzystując doświadczenie nabyte na nizinnych terenach Holandii.

Tocząc się wzdłuż obsadzonych wierzbami rowów (te drzewa potrafią wypić dziennie z gruntu blisko 50 l wody dziennie, nie zasadzono ich tu przypadkiem), myślę o ludziach, którzy pojawili się tu nie z wyboru, lecz z konieczności. Niezłomny system wartości, jaki wyznawali, pozwalał im odnaleźć się w każdych warunkach. Zrobili to, co zwykli robić zawsze. Wzięli się do żmudnej pracy, która pozwalała otaczającą ich przestrzeń i własne życie uczynić stabilnymi, mającymi sens.

Lipy, wierzby, topole są na Żuławach niemal równie liczne, jak rowy i kanały melioracyjne

Po 400 latach obecności na tych ziemiach, mennonici zniknęli wraz chaosem II wojny światowej. Pozostawili siatkę kanałów i rowów, śluzy, zwodzone mosty, szpalery wierzb i podupadające cmentarze. Ten największy przytulił się do kościoła we wsi Stogi, nieopodal Nowego Stawu.

W ciszy, pozostawione na co dzień w spokoju i osamotnieniu, tkwią tu kamienne stele, zwieńczone tympanonami i wykutymi symbolami życia i śmierci. Nazwiska umarłych, niknące pod warstwą porostów i ciężarem czasu, są śladem chwil, w których żuławskie ziemie były kulturowym tyglem, przyjmując przedstawicieli różnych narodów i wyznań.

Największy cmentarz menonitów na Żuławach, StogiO menonitach nie sposób zapomnieć, patrząc w żuławskich wioskach na podcieniowe domy szachulcowe. To niderlandzki styl na polskich ziemiach. Większość z nich jest w stanie powolnego wymazywania, postępującego upadku. Koszwały, Trutnowy, Lipce, Żuławka…

Piętra tych okazałych budynków są odważnie wysunięte poza obręb domu. Wsparte na rzeźbionych kolumnach, których liczba była świadectwem zamożności gospodarza i ilości posiadanej przez niego ziemi (każdy słup miał odpowiadać ok. 16 ha ziemi).

W Żuławkach dom z połowy XIX w. zyskał drugie życie Trafił pod opiekuńcze skrzydła nowych właścicieli. Jest w idealnym stanie, pełen piękna i harmonii oraz cudownie czerwonych okiennic.

Patrząc na niego, myślę o tym, czy mógłbym w nim żyć. Wychodzić co rano na pełen zieleni teren. Rąbać drewno, szukać wzrokiem śladów nadchodzącego chaosu, które można by łatwo odeprzeć, ustawiając równo ławy, malując obłażące drewno, przycinając trawę. W niedzielę jeść w podmuchach lekkiego wiatru upieczone ciasto z gruszkami. Czy dobrze by mi się tu pisało? W otoczeniu historii, która przetoczyła się przez to miejsce, opowieści ludzi tu żyjących, ich codzienności?

Dom podcieniowy z połowy XIX w., Żuławki

Mógłbym się tego dowiedzieć. Dom jest na sprzedaż, brakuje mi jednak – w przybliżeniu – 1.8 mln złotych, może ktoś z Was jednak będzie chciał to sprawdzić?Nieopodal, pomiędzy wierzbami dwa konie żują trawę, obojętne na upał i pieniądze, których wart jest podcieniowy dom tuż obok.

KORMORANÓW KLUCZ

Dalej na wschód jest Frombork. Formalnie nie należy już do Żuław, przytulił się do ich dość płynnej granicy, przypominając o tym, że to tu, przez 33 lata żył Mikołaj Kopernik. Pisał astronomiczne dzieło, z którego opublikowaniem zwlekał niemalże do śmierci. Patrząc z jego czworobocznej wieży na Wzgórzu Katedralnym na miasteczko, myślę o Karolu Darwinie, który z udostępnieniem światu traktatu o “doborze naturalnym” zwlekał równie długo. Całymi latami żył ze świadomością, że stworzył teorię, która być może przerasta ludzkie pojmowanie. W swoich obawach obaj byli podobni. Ta ludzka niepewność, wrodzony lęk przed tym, by nie zburzyć świata jest w jakiś sposób ujmująca.

Dalsza droga prowadzi na Mierzeję Wiślaną – pasek piachu oddzielający morze od Zalewu Wiślanego. To naturalna granica Żuław, tuż obok, odrobinę na zachód, Wisła staje się Bałtykiem.

Krajobraz zmienia się na morski. Delta największej polskiej rzeki tonie w krzyku kormoranów, mających w Kątach Rybackich jedną z największych kolonii lęgowych w Europie. Od lat doprowadza ona do szału rybaków, wierzących, że ptaki podjadają im połów oraz leśników, nie mogących przeboleć setek usychających od ptasiego guana drzew (które zapewne nazwali by surowcem drzewnym).

Piaszczysta ścieżka prowadząca przez las do kolonii, wpływa pomiędzy chmurę ptasiego wrzasku, nasilającego się z każdym krokiem. Dziesiątki tysięcy ptaków nic sobie nie robi z protestów mieszkańców. Jakby wiedziały, że ich obecność jest tu tak samo usprawiedliwiona jak i ludzi. Za miesiąc czy dwa ta ciężka chmura ptactwa porzuci swój letni dom, zostawiając go w nieładzie i zadziwiającej, trudnej dziś do wyobrażenia ciszy.

Slow driving jest stworzony dla mnie. Dowolność, zmienność trasy, długie postoje, gapienie się na nic. Kieliszek zadziwiająco dobrego rieslinga w Janosikówce w Kątach Rybackich i świetny halibut. Mocne espresso.

Kluczyki auta leżące pod ręką.

#pieknedrogi.pl

Na stronie pieknedrogi.pl znajdziecie propozycję 10 najładniejszych tras w Polsce, idealnych do podróżowania w niespiesznym tempie.

JAK TO ZROBIĆ

Restauracja Janosikówka w Kątach Rybackich jest oazą spokojnego stylu w nadmorskim zalewie pstrokacizny. Chyba najlepsze wybór w całej miejscowości. Tym bardziej, że ceny niespecjalnie odbiegają od tych w prostych smażalniach. W menu znajdziecie też dobre białe wino. Rieslinga bierzcie bez obaw, i uwierzcie, że naprawdę będzie on lepiej pasował do ryb niż te nieśmiertelne piwo.

Karczma Zamczysko w Malborku przytłacza daleko idącym eklektyzmem. Miejsce raczej do potraktowania jako ciekawostkę. Trochę zmarnowany potencjał miejsca, które mogłoby być po prostu “przaśno-rycerskie”. Na plus darmowy parking, o który w sezonie w pobliżu zamku trudno.

Willa Joker w Nowym Dworze Gdańskim to dobry wybór na nocleg. Wygodne, odnowione pokoje, widok na Tugę i wyśmienite śniadania z jajecznicą podawaną w żeliwnej patelence i okraszonej uśmiechem kelnerki. Do kompletu szczęścia brakuje tylko kawy z ekspresu ciśnieniowego.

Materiał powstał przy współpracy z Mazda Poland.

Edycja, 13.03.2018: 

Od czasu powstania tego materiału Karczma Zamczysko zamieniła się, przy udziale Magdy Gessler, w Bistro na Fali. Po tej metamorfozie nie miałem już okazji tam być, informacje dotyczące lokalu mogą być więc już nieaktualne.

Autor: Michał Obst Głombiowski

Dziennikarz National Geographic Traveler, podróżnik, autor kilkuset artykułów publikowanych m.in. w NG Traveler, Podróżach, Onecie, Wprost, Gazecie Wyborczej, Polityce.   Pisarz. Laureat Nagrody Magellana za "najlepszą książkę podróżniczą 2013". W tym roku ukazała się jego najnowsza publikacja: "Zaklęcie podróżne - Kreta od kuchni", będąca efektem półrocznego pobytu na Krecie.

Tags

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 Thoughts on “Żuławy bez pośpiechu”

  1. Idealnie! we wrześniu wybieramy się do Krynicy i szukałam czegoś idealnego po drodze. Żuławy wydają się być piękne, szczególnie przekonują mnie opisu szumu drzew -)

    1. Dobry pomysł, pod koniec lata i wczesną jesienią na Żuławach jest pięknie. We wrześniu niestety już kolonia kormoranów w Kątach Rybackich – po drodze do Krynicy – będzie już pewnie opustoszała. Ale zawsze można się zatrzymać na obiad w “Janosikówce”.

  2. Uwielbiam takie polne drogi jak na Twoim zdjęciu. A same Żuławy mają bardzo fajny klimacik :) Ludziom spotkanym w podróży, jak pytają o Polskę zawsze polecam te rejony oprócz Polesia :

  3. Kilka razy mieliśmy okazję je odwiedzić. Często zatrzymywaliśmy się na dzień lub dwa jadąc nad morze, aby w spokoju delektować się otoczeniem…warte i mało znane miejsca.

    1. To świetny pomysł, by zatrzymać się na Żuławach w drodze nad morze. Większość z nas gna, byle szybciej na plażę, a ten rejon zdecydowanie jest warty poznania.